Achalcyche, Borjomi i zaproszenie do gruzińskiego domu

Po przejechanych 100 kilometrach przez dwa interesujące miasta, dzień został zwieńczony zaproszeniem do domu przez gruzińską rodzinę. Mieliśmy okazję zbliżyć się do mieszkańców tego pięknego kraju i spróbować pysznych dań lokalnej kuchni. Bezinteresowna gościnność w niewyobrażalnej skali wprawiła nas w potężne zakłopotanie.

Achalcyche – lśniąca twierdza symbolem miasta

Achalcyche to największe miasto obwodu Samcche – Dżewachetia, zamieszkałego w dużej części przez mniejszość ormiańską. Wybudowane na skrzyżowaniu dróg krajowych łączących Batumi, Achalkalaki i Borjomi oraz kilkanaście kilometrów od przejścia granicznego z Turcją, stanowi doskonałą bazę wypadową dla całego regionu. Kilkadziesiąt kilometrów stąd znajduje się słynne skalne miasto w Vardzii, uzdrowisko Borjomi, górskie szlaki Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. W związku z tym miasteczko może się pochwalić całkiem niezłą bazą hotelową i gastronomiczną. Jednak magnesem przyciągającym turystów do Achalcyche jest przede wszystkim umiejscowiona na wzgórzu twierdza obronna Rabath z XII wieku. Pieczołowicie zrekonstruowana w ostatnich latach, jest obowiązkowym punktem turystycznym tej części kraju.

dsc03072

Wjeżdżając do miasta już z daleka rzuca się nam w oczy budowla górująca nad parterową zabudową jednorodzinną, z dumnie powiewającą na wietrze flagą gruzińską. Wjeżdżamy na teren głównego dziedzińca, gdzie zostawiamy rowery pod opieką ochroniarza. Wśród gwaru odwiedzającej twierdzę młodzieży szkolnej kupujemy bilety (7 Lari) i wdrapujemy się po kamiennych schodach do głównej bramy wejściowej. Choć osobiście uważam, że przesadne odpicowywanie tego typu miejsc w znacznej mierze pozbawia ich autentyzmu, budowla pozostawia bardzo pozytywne wrażenie. Ciekawe, jak twierdza wyglądała przed rewitalizacją – niestety nie doszukaliśmy się na miejscu zdjęć. Teraz wokoło jest schludnie i czysto, na dziedzińcach pełno zadbanej, uformowanej zieleni i kwiatów, w centralnym punkcie twierdzy błyszczy złota kopuła meczetu. Z najwyższej baszty rozciąga się imponujący widok na resztę kompleksu, a w dalszym planie na całe miasto i otaczające je góry. Zresztą zobaczcie sami…

dsc03076Twierdza Rabath – pierwotnie zbudowana w XII wieku, niedawno zrekonstruowana. Najniższy dziedziniec (na zdjęciu) jest ogólnodostępny – tu znajdują się kawiarnie, sklepik z pamiątkami i kasa biletowa.

dsc03078
Za tymi schodami zaczyna się część płatna. Wstęp – 7 GEL, dla młodzieży szkolnej i studentów 3 GEL.

dsc03081 dsc03082
Meczet stanowi centralny punkt twierdzy.
dsc03086
Ceglane sklepienie meczetu widziane od wewnątrz.dsc03097 dsc03095 dsc03089
Widok z najwyższej baszty twierdzy. Na pierwszym planie część kompleksu, którą już zwiedziliśmy. W tle panorama części Achalcyche i góry Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli, przez który będziemy dalej jechać.

dsc03094

dsc03102
Pchli targ zorganizowany na maskach Ład przed dworcem autobusowym. Wydaje się, że panowie mają wszystko – jednak nie udało mi się znaleźć pedała, który konsekwentnie rozlatywał się od dobrych 100 kilometrów. Pokierowano nas jednak do sklepu rowerowego nieopodal.

p1040628
Rezolutny syn właścicielki sklepu rowerowego. Wśród sterty używanych rowerowych komponentów pomógł mi wybrać najmniej zniszczony pedał.

dsc03103
Oto Kubdari. Bardzo syty, serowy placek z baraniną i gorzkawym pomidorowym sosem w środku.

 

Borjomi – kiedyś znane uzdrowisko, dzisiaj szare blokowisko

No, może nie do końca takie szare. Część komunistycznych drapaczy chmur, wyrastających niczym stożki z głębokiej doliny rzeki Kura, pomalowano niedbale na pastelowo. Często padające deszcze w tej okolicy stonowały jaskrawe barwy budynków, od rur i dziurawych rynien powstały rdzawe nacieki. Właśnie tak – Borjomi jest kolejnym, prężnie działającym i znanym miastem w byłym Sajuzie, które po pozostawieniu Gruzji samej sobie stopniowo, ale konsekwentnie popada w ruinę. Wjeżdżając do miasta usytuowanego w dolinie rzecznej wśród lesistych pagórków Małego Kaukazu, mijamy kolejne okazałe gmachy senatoriów, swoim rozmachem architektonicznym świadczące o minionej świetności tego miejsca. Część z nich jest zamknięta od lat, część nadal jakoś przędzie, mimo np. wyłączenia kilku pięter z powodu pożaru.


dsc03127Położone w dolinie rzeki Kura uzdrowisko, słynie z produkcji wody Bordżomi, eksportowanej na całą Europę. Niestety po rozpadzie ZSRR miasto straciło znaczenie. Liczne senatoria upadły, albo wyglądają tak jak ten budynek. Częściowo spalony, jednak nadal pozostający w eksploatacji. dsc03128Wjazd do jednego z sanatorium.

dsc03129 dsc03145

Park zdrojowy Borjomi – eleganckie miejsce rekreacji

Centrum wygląda już lepiej – lekko podniszczony deptak wzdłuż rzeki prowadzi na targ, a po drugiej stronie mostu znajduje się dworzec kolejowy i park zdrojowy. Z dworca niegdyś odjeżdżały wielowagonowe pociągi do samej Moskwy, dziś 2 razy dziennie wyrusza stąd elektriczka do Tbilisi. Choć poczekalnia jest dość schludna, w budynku brakuje kilku szyb a kasa jest na głucho zamknięta. Natomiast sam park zdrojowy i droga prowadząca do niego sprawia zgoła odmienne wrażenie. Obok bystrego potoku biegnie deptak, wzdłuż którego pobudowano fikuśne kamieniczki z kawiarniami i sklepami z pamiątkami. Wieńczy go brama do parku. Wstęp kosztuje 50 tetri, w środku można się napić wody Borjomi u samego źródła. Poza turystami przychodzi tu sporo miejscowych z baniakami. Park sprawia miłe wrażenie, w ciepłe dni musi być dogodnym miejscem wypoczynku dla mieszkańców. Na jego terenie wytyczona jest też górska trasa spacerowa (czas przejścia ok. 2h) z opcjonalnym powrotem kolejką linową.

Poza źródłem słynnej wody uzdrowiskowej (będącej także do nabycia bez problemu w Polsce), Borjomi jest doskonałym punktem wypadowym w góry. Tutaj rozpoczyna bieg większość szlaków pieszych po Parku Narodowym Borjomi-Kharagauli, który jest jednym z największych górskich obszarów chronionych w Europie. Pomiędzy Borjomi a kurortem narciarskim Bakuriani kursuje także wąskotorowa kolejna turystyczna, wyruszająca w 27 kilometrową podróż każdego poranka.

dsc03130
Jak w większości miast Gruzji, i w Bordżomi nie brakuje chaosu architektonicznego. Pomiędzy zabudową jednorodzinną i małymi zakładami przemysłowymi ustawiono kolorowe, kilkupiętrowe klocki.
dsc03132
Bazar spożywczo – przemysłowy w centrum.
dsc03134
Fikuśna kładka na deptaku do Parku Zdrojowego.
dsc03135
Brama wejściowa Parku Zdrojowego. Ta część Borjomi wygląda na prawdę prestiżowo i elegancko.
dsc03142
W tym miejscu można się napić wody Borjomi u samego źródła. Osobiście nie zostałem jej fanem, wolę butelkowaną 😉
dsc03143
Oldschoolowa kolejka linowa to jedna z głównych atrakcji parku.
dsc03144 dsc03148
Rzeka Kura wezbrała po ostatnich deszczach.


Chętnie przyjmę was pod swój dach

Na wyjeździe z miasta dopada nas paskudna burza. Spada na nas tyle litrów wody, że nawet przeciwdeszczowe ciuchy nie pomagają. Prowadząca wśród skał droga, pokrywa się mikropotokami spływającymi z góry, a poziom wody w rzece niebezpiecznie wzbiera. Kiedy człowiek jest już całkowicie przemoczony, jest mu i tak wszystko jedno. Jedziemy więc dalej świadomi, że najcenniejsze rzeczy nielubiące kontaktu z wodą (portfel, elektronika) spoczywają pod powłoką wodoodpornych sakw. Gdy wyjeżdżamy z gór deszcz ustaje, a zza chmur wychodzi późnopopołudniowe słońce! Uradowani, robimy zakupy na kolację w Chaszuri i palcem na mapie szukamy dogodnego miejsca na namiot za miastem.

– Skąd jesteście, dokąd zmierzacie? – z ławeczki pod sklepem dopada nas standardowe pytanie zainteresowanego tubylca

– Z Polski? Polsza? To u was grają Lewandowski, Błaszczykowski! – wypowiedzenie skomplikowanego nazwiska sprawiło naszemu rozmówcy troszkę trudu, mimo tego jesteśmy pod wrażeniem jego wiedzy na temat naszych piłkarzy. Chociaż nic dziwnego, odwiedzamy Gruzję w trakcie trwającego Euro 2016.

Guram, jak się przedstawił nasz rozmówca, okazał się sympatycznym człowiekiem w wieku 30 lat. Akurat wyszedł po małe zakupy do sklepu, spotkał kolegów i przysiadł z nimi na chwilę. Od tematu piłki sprawnie przeszliśmy na rowery, góry, z których zjechaliśmy i straszliwą burzę, która dzisiejszego dnia ominęły Chaszuri.

– No, to czas już na nas, za chwilę będzie ciemno. Miło było Cię poznać. Jedziemy! – uściskuję wielką gruzińską grabę na pożegnanie i zakładam kask.

– Jak to, gdzie wy chcecie jechać? Gdzie będziecie spać?

– U nas jest pałatka, budiet haraszo – tłumaczę, że nocleg pod namiotem to dla nas nie problem.

– Nie żartujcie. Zapraszam was do mnie! Mieszkam oo tu, prosto! – Guram wskazuje palcem bliżej nieokreślony kierunek patrząc na mnie obruszony, jakby zaproszenie do domu dwóch rowerowych włóczykijów było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem.

– Guram, dziękujemy Ci, ale nie chcemy robić problemu! – wtrąca Michał, w którym wzrasta zakłopotanie.

– Jaki tam problem! Moja mama się ucieszy, rano chcecie jechać do Cziatury, tak? To daleko, wyśpicie się, jak wstaniemy pokażę wam drogę, nabierzecie sił! – zakomenderował Guram tonem nie znoszącym sprzeciwu i chwycił kierownicę jednego z rowerów, aby pomóc go prowadzić.

 


Tamada – opiekun imprezy, który dba o gości

Rodzina K******* okazała się cudownymi ludźmi. Mimo skromnych warunków, od progu zostaliśmy przyjęci iście po królewsku. Aż nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Po serdecznym przywitaniu przez panią Liję, która momentalnie zniknęła w kuchni, zostaliśmy na ganku z naszym gospodarzem i jego bratem Valerijem. Po chwili dołączył do nich Shota z kolegą (kolejny brat), mieszkający na stałe w Australii i odwiedzający akurat rodzinne strony. Mimo problemów z porozumieniem się, po kilku łykach piwa języki się rozwiązały. Shota rozmawiał z nami po angielsku, Guram i Valerij trochę po rosyjsku. W sytuacjach podbramkowych, kiedy żaden z nas nie wiedział o co drugiemu chodzi, w rozmowę włączaliśmy migi lub Shota pomagał po angielsku. Tymczasem na stole wylądowały gruzińskie specjały – Chinkali (ręcznie robione pierożki z baranim mięsem i rosołem w środku w kształcie sakiewek), lobio (gęsta zupa z czerwonej fasoli), marynowane pomidory, sałatki warzywne. Do tego dwa rodzaje domowego wina. Nasze skrępowanie osiągnęło apogeum – Guram jednak wciąż powtarzał, że jesteśmy jego gośćmi i mamy się nie przejmować, tylko jeść, pić i odpoczywać.

Warto tutaj wspomnieć o niepisanych zasadach panujących przy gruzińskim stole. Biesiadę prowadzi tzw. Tamada – najczęściej gospodarz który dba o zawartość szklanek/kieliszków gości, najczęściej wznosi toasty i odchodzi od stołu jako ostatni. Co z początku może bywać krępujące – przyjęte jest, że przy stole siedzą zwykle tylko mężczyźni. Kobiety krzątają się w kuchni lub siadają z boku w cieniu, nie włączając się w prowadzoną dyskusję. Toasty wygłaszane są z niespotykaną powagą. Często na stojąco, trwające do kilku minut przemówienia są wypowiadane najpierw przez gospodarza, potem przez kolejnych członków rodziny, następnie przez gości. Kunszt, z jakim Gruzini wygłaszają swoje przemowy przy domowym winie sprawia, że nasze trywialne „na zdrowie”, poprzedzone grzecznościowym stuknięciem szklanki chowa się w przedbiegach. Mimo luźnej atmosfery całej biesiady, podczas toastów na twarzy Gurama i jego braci gości wyłącznie powaga i skupienie, pełna wiara w spełnienie wypowiadanych słów.

Mimo zdecydowanych protestów z naszej strony, dostajemy do dyspozycji całe pierwsze piętro domu, składające się z dwóch dużych izb. Wyjaśniamy stanowczo, że możemy rozbić namiot w ogródku albo chociaż spać w jednym pokoju – jednak gospodarz już wniósł nasze rzeczy na górę i nie chce słyszeć sprzeciwów… Apogeum skrępowania zostało przekroczone.

dsc03159
Shota wraz z kolegą przed rozpoczęciem uczty.
dsc03166
Nasi wspaniali gospodarze. Od lewej Pani Lija, kotek Pisaso, Guram i Valerij
dsc03168

 

Zainteresował Cię specyficzny klimat Achalcyche lub Borjomi? Podobnie jak my, jesteś zaskoczony nieopisaną gościnnością Gruzinów? Podziel się swoją refleksją w komentarzu, zadaj pytanie!

 

Zobacz także:

Opuszczone bazy wojskowe i zapomniane wsie – Łotwa na rowerze
Ukraińskie Zakarpacie na rowerze
Stara Łada w służbie taxi… motoryzacyjny skansen na Ukrainie

Dodaj komentarz

Close