Przez dziewicze fiordy i przełęcz Oxi

Po zostawieniu za sobą lagun lodowych i lodowca Vatnajökull z każdym kilometrem odnosimy wrażenie, że wokół nas robi się coraz spokojniej i bardziej dziko. Mimo tego, że jakiekolwiek miejscowości na trasie od kilku dni pojawiają się z rzadka, teraz do najbliższego miasteczka Höfn mamy ponad 80 kilometrów. Następne jest Djupivogur, kolejną stówkę dalej. Potem już tylko przełęcz Oxi. Wydawałoby się, że gęstość zaludnienia nie może bardziej spaść – a jednak. Po drodze, co jakiś czas napotykamy małe domki lub gospodarstwa, luźno rozrzucone w pewnej odległości od asfaltówki. Niektóre z nich są tak daleko, że ledwie dostrzegamy kolor elewacji budynku, inne stoją przy samej szosie. Aż przez wielkie okna możemy dostrzec bawiące się w środku dzieci. Bo Islandczycy nie chowają się przed obcymi za zasłonami. Płotów wokół posesji też często nie ma, a panoramiczne okna wpuszczają do domu mnóstwo światła dziennego. Tak, jakby chciano się za wszelką cenę nacieszyć długimi, lipcowymi dniami.

Kierunek – wzdłuż fiordów na przełęcz Oxi

Poza coraz rzadszą zabudową jeszcze jedno się zmieniło. Turyści, a w zasadzie ich brak. Po wyjeździe spod Jökulsárlón jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły zorganizowane autokarowe wycieczki, zmniejszyła się liczba samochodów. Mając do dyspozycji ograniczoną ilość czasu większość osób nie zapuszcza się dalej, bo teoretycznie po co. Przez kilkaset kilometrów pozornie nie ma tu żadnej zapierającej dech w piersiach atrakcji, na mapie ten kluczący wzdłuż poszarpanej linii brzegowej odcinek może się wydać mało interesujący. Wiedzieliśmy co prawda, że z drogi będziemy podziwiać wcinające się w ląd fiordy, ale co nasz może powalić na kolana na półmetku wyprawy? Czołowe punkty, skupione wzdłuż przejechanego odcinka okalającej wyspę krajówki już widzieliśmy. Zapomnieliśmy, że Islandia nie zna przeciętności i znudzenia.

Mieliśmy uświadczyć kolejnej, solidnej porcji nietkniętych ludzką ręką krajobrazów, wulkanicznych wzgórz o niespotykanych kształtach oraz wzburzonych wód licznych w tym rejonie fiordów. Dodatkowo wiatr hulał z niespotykaną dotąd siłą, stając się najlepszym przyjacielem, a zarazem bezlitosnym wrogiem – w zależności od kierunku, w którym się poruszaliśmy.


Zmagania z bocznym wiatrem – jadąc tak dłuższy czas można się nabawić skoliozy 😉

Wiatr naszym wrogiem i przyjacielem

W Höfn zanocowaliśmy pierwszy raz na kempingu. Można było się umyć w cywilizowanych warunkach, zrobić pranie i wysuszyć je na grzejniku, ugotować obiad na kuchence i zjeść go przy stole. Człowiek na co dzień nie docenia tak oczywistych rzeczy, a na wyprawie przyprawiony makaron z sosem i konserwą z menażki smakuje niczym wykwintne danie!

Z samego rana mamy do pokonania 1,5 km tunel. Mocno wieje w plecy, więc się cieszymy. Niestety po wyjeździe z tunelu znajdujemy się już po drugiej stronie wzgórza, gdzie panują inne warunki. Boczno – twarzowy wiatr uniemożliwia normalną jazdę, staramy się trzymać środka drogi dla bezpieczeństwa. W pewnym momencie silny podmuch zrzuca Anię z drogi – wraz z rowerem ląduje na kamienistym poboczu. Upadek wyglądał dość groźnie, na szczęście obyło się bez trwałego uszczerbku na zdrowiu 🙂 Widoki wynagradzają nam włożone trudy. Pedałujemy wzdłuż wcinających się w wyspę fiordów, co oznacza, że jadąc w głąb lądu męczymy się niemiłosiernie, zaś po zmianie kierunku jazdy wystarczy położyć stopy na pedałach, a wiatr sam pcha do przodu. Dosłownie!

 

Podjazd w tunelu tuż za Höfn.

Góry przybierają coraz bardziej fantazyjne kształty.


Chwila przerwy – kamienie doskonale osłaniają od wiatru 🙂

Z każdym kilometrem coraz piękniej…

Wzdłuż skalistego wybrzeża oceanu

Po pewnym czasie, wyjeżdżając zza potężnego masywu górskiego, widoki się diametralnie zmieniają. Nasza droga pnie się do góry, jednocześnie zbliżając się do brzegu oceanu. Po drodze zrobiono kilka punktów widokowych z małym parkingiem, aby móc podziwiać rozbijające się o skalisty brzeg fale. Korzystamy z terenowego fragmentu drogi nad samą wodą, co kończy się przeprawą gołą stopą przez niewielki strumyk 🙂 Robi się coraz bardziej pagórkowato. Wjeżdżając do kolejnego fiordu cieszymy się jak dzieci z podjazdów (góra, na którą się wspinamy osłania nas od wiatru). Na zjazdach za to trzeba dokręcać, bo inaczej silne podmuchy mogłyby nas zatrzymać, mimo sporego spadku. Tej nocy rozbijamy namioty nad fiordem Hamarsfjörður, osłaniając się potężną skałą od wiatru.

Droga 1 wzdłuż oceanu. Na Islandii czuć prawdziwą siłę natury.

Terenowy fragment naszej trasy nad skalistym brzegiem.

Dogodne miejsce na obozowisko z widokiem na fiord Hamarsfjörður.

 

Do Egilsstaðir prowadzą dwie drogi. Dłuższa trasa biegnie nad oceanem, objeżdżając dołem pasmo górskie Sudurdalur. Jednak latem otwarty jest swego rodzaju „skrót” – droga 939 przez przełęcz Oxi. Faktycznie zaoszczędza się trochę kilometrów, droga jest jednak wymagająca ze względu na liczne podjazdy, niebezpieczne zakręty i szutrową nawierzchnię. Wybieramy oczywiście wariant przez przełęcz Oxi. Jeszcze nam mało wysiłku 🙂 Zresztą droga jest niezwykle atrakcyjna widokowo!

Wyżej i wyżej…

Odbijamy z „jedynki” (de facto na tym odcinku także szutrowej) nad fiordem Berufjörður. Znaki informują nas, że na przełęcz Oxi zostało 19 km. W tym czasie z „zera” musimy podjechać na 532 m.n.p.m. Dość szybko zdobywamy wysokość, niektóre z podjazdów mają do 17% nachylenia. Prawdziwy trening dla wydolności organizmu. Dodatkowo powietrze staje się coraz bardziej rześkie, na wysokości 400 m w zacienionych miejscach pojawiają się zalegające bryły śniegu. Co rusz oglądamy się przez ramię – widoki na pozostały w dolinie fiord są fenomenalne.

Zdecydowanie wolę krótkotrwały wysiłek aby zdobyć wysokość, niż całodzienny podjazd. Po ok. 2,5 h meldujemy się na górze. Oj, zimno… a przecież to tylko ponad 500 m! W planie mieliśmy jeszcze zajechanie do Askji, na ponad 1000. To miejsce słynie z olbrzymiej kaldery wulkanu, w którym utworzyło się jezioro. Później, już w Egilsstaðir, dowiadujemy się jednak, że nie będzie to możliwe z powodu bardzo obfitych opadów śniegu w tamtym rejonie i braku przejazdu.

Droga 939 jest otwarta dla normalnego ruchu tylko przez kilka miesięcy w roku, gdy zalegające na przełęczy śniegi nie utrudniają znacząco ruchu.



 


Najbardziej stromy fragment naszego podjazdu pod przełęcz Oxi. Staramy się utrzymywać na oddech i nie schodzić z rowerów 🙂
 

Egilsstaðir – oddalamy się od oceanu

Wracamy na naszą okólną „jedynkę”. Ostatnie kilometry do miasta mijają w spokojnej atmosferze. Tracimy wysokość, krajobraz powoli się zazielenia, za płotem biegnącym wzdłuż drogi się nawet jakieś karłowate drzewka. W Egilsstaðir robimy duże zakupy na kilka kolejnych dni, zajeżdżamy do serwisu rowerowego, gdzie od ręki zostają mi wymienione dwie pęknięte szprychy. Awaria w tylnym kole miała miejsce ponad 200 km wcześniej, cud, że udało mi się dojechać bez szwanku. Pogoda się psuje, zaczyna siąpić. Wyjeżdżamy za miasto i rozbijamy obozowisko.

Zapraszam też do specjalnego wpisu, w którym znajdziesz wszystkie przydatne informacje dotyczące podróżowania na Islandii.

 

Zobacz także:

Gruzja: szlak na Kazbek
Ukraina: Polesie w jesiennych barwach
Biebrzański Park Narodowy – carska droga zimą

Dodaj komentarz

Close