Wyspy Kanaryjskie autostopem? Przełamujemy stereotypy!

Chyba nie będę daleki od prawdy jeśli stwierdzę, że Wyspy Kanaryjskie kojarzą się każdemu z nas z wczasami wypoczynkowymi w eleganckim hotelu, błękitnym niebem odbijającym się w turkusowej tafli oceanu, czystymi plażami z widokiem na wulkan. Być może nie wszyscy słyszeli o takich wyspach jak La Gomera czy Lanzarote – jednak Teneryfę lub Gran Canarię zna większość, choćby ze słyszenia. Nic dziwnego, na tych dwóch ostatnich masowa turystyka wypoczynkowa rozwinęła się najbardziej. Jak tam jest? Nie wiem… omijając szerokim łukiem oferty biur podróży, skupiliśmy się na poznaniu najbardziej wysuniętej na wschód, jednej z siedmiu głównych wysp archipelagu – Lanzarote.

Wyspa o powierzchni mniej więcej dwóch powiatów w Polsce (maksymalna długość wynosi 60 km) uchodzi za najbardziej różnorodną. 1/3 wyspy zajmują pola lawowe, które utworzyły się po erupcji wulkanów w latach 1730-1824. Znajdziemy też na niej piękne, piaszczyste plaże oraz zazielenione doliny obfitujące w palmy różnych gatunków. Na tej jednej wyspie występuje aż 16 endemicznych gatunków roślin i porostów! Wspominałem już o wulkanach? Uwierzycie, że jest ich tu niemal 300? Właściwie stojąc w dowolnym miejscu wyspy, mamy choćby jeden w zasięgu wzroku!

Na szczególną uwagę zasługuje także architektura i gospodarka przestrzenna wyspy. Absolutnie wszystkie domy są białe i nie przekraczają trzech kondygnacji (obie te zasady nie dotyczą stolicy – Arrecife). Przy drogach publicznych nie uświadczymy również żadnych reklam. Takie obostrzenia harmonizujące z krajobrazem wprowadził jeden człowiek, którego nazwisko odmieniane jest przez mieszkańców wyspy we wszystkich przypadkach – Cesar Manrique (więcej informacji znajdziesz tutaj).

Postanowiliśmy sprawdzić, czy da się przejechać Wyspy Kanaryjskie autostopem.

To co, jesteście gotowi na nasze przygody?

Fuerteventura – przylot do innego świata

No to jesteśmy. Nasza dwójka. Zakładamy plecaki i ruszamy do Puerto del Rosario, aby za miastem rozbić namiot, bowiem nadchodzi wieczór. Wokół wszystko jest inne – bezlistne, polskie drzewa zastąpiły wysokie palmy, zamiast krzaków wszędzie rosną agawy. Trawnika nie ma, łąki też – cały teren pokrywają żwir i kamienie, aż po horyzont. Mimo tego nie mamy problemów z wbiciem w podłoże namiotowych śledzi. Za powodzenie i szczęście wyprawy wypijamy wspólnie małego szampana. 


Fuerteventura, okolice lotniska. Tu chowamy w worku niepotrzebne zimowe ciuchy. Niestety nieodpowiednio wybraliśmy miejsce – tydzień później pod znajomym krzakiem znaleźliśmy już tylko sam worek…


Nasz pierwszy nocleg – okolice Puerto del Rosario.


Łapanie stopa – początki są najtrudniejsze

Wyspy Kanaryjskie autostopem? Nie, nie ja wpadłem na taki szalony pomysł… Choć muszę przyznać, że dość szybko go podchwyciłem. Na korzyść tego środka transportu przemawiała również słabo rozwinięta komunikacja publiczna – sporo miejsc, które chcieliśmy zobaczyć leżało poza głównymi drogami, gdzie autobusy kursowały najczęściej. No i ludzie, mieszkańcy, których chcieliśmy poznać. Zobaczyć jacy są, poznać ich zdanie na temat swojego miejsca na Ziemi, dowiedzieć jak się żyje na tak niewielkim skrawku lądu. 

Stojąc z wyciągniętym kciukiem przy drodze na Lajares czułem się trochę jak idiota. Uśmiechnięta Ania machała energicznie i z uśmiechem, jednak nikt nie zwracał na nas uwagi. Włączyło mi się marudzenie. Niby kiedyś łapałem kilka razy stopa w Gruzji, jednak tutaj cała wycieczka miała się właśnie na stopie opierać. No i nie było alternatywy.

Choć gdy zacząłem powątpiewać w jakikolwiek sens naszych działań, na poboczu stanęła srebrna astra. W mgnieniu oka ze środka wyleciał do nas uśmiechnięty gość z pytaniem, dokąd jedziemy. La Oliva, Lajares? Tak, jechał w tamtym kierunku! Choć do samego miejsca, z którego postanowiliśmy wystartować na szlak, będziemy się musieli jeszcze przesiąść – jedziemy!

Święta góra Tindaya, z której kradną kamienie

Jonatan, sympatyczny mieszkaniec Fuerteventury, okazał się bardzo wygadany. Z wielką radością opowiadał nam o plusach i minusach życia na wyspie. Z jednej strony przez cały rok jest dobra pogoda, z drugiej aby gdziekolwiek wyjechać, trzeba lecieć samolotem. Zimą nieustannie wieje, za to latem są straszne upały.
 – A w ogóle to właśnie mijamy słynną górę Tindaya. Zobaczcie na te kolory, jest zupełnie inna od otaczających ją gór! – zachwyca się Jonatan.

Mieliśmy z Anią w planie wdrapać się na ten charakterystyczny wierzchołek, w wierzeniach dawnych tubylców przedstawiany jako święty. Jednak aby wejść na szlak, należy mieć ze sobą specjalne pozwolenie, wydawane w urzędzie miasta Puerto del Rosario! (być może da się je załatwić również on-line, nie zagłębiałem się w szczegóły). Pytamy o to naszego kierowcę, który potwierdza:
Gdy góra była ogólnodostępna turyści masowo wynosili kamienie ze szlaku wierząc w ich magiczną moc. Władze chciały mieć pod kontrolą ilość odwiedzających – stąd wprowadzenie pozwoleń wejścia na szlak. 

Nasz dobroczyńca był na tyle miły, że podwiózł nas do samego Lajares, skąd rozpoczynał się pieszy szlak w kierunku Corralejo. Dodatkowo pomógł nam znaleźć sklep, w którym dostaliśmy właściwy do naszej kuchenki turystycznej kartusz. Cóż za wspaniały, bezinteresowny człowiek! Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy przez miejscowość w kierunku szlaku pieszego.

Wspólne zdjęcie z Jonatanem – sympatycznym hiszpanem który niezwykle nam pomógł 🙂

Lajares – w drodze na szlak.

Przydrożne kaktusy.

W drodze na wulkan Calderon Hondo

Odbijając od drogi prowadzącej do Majanicho, wkraczamy na szlak w kierunku wulkanu Calderon Hondo. Planujemy dojść nim do miasteczka Corralejo, skąd pływają promy na Lanzarote. Do przejścia mamy około 12 kilometrów. Nie zważając zbytnio na nie przyzwyczajone plecy do dźwigania plecaków, chłoniemy surowy wulkaniczny krajobraz. Pomarańczowo – czerwona ziemia, blade, wysuszone porosty. Turystów jak na lekarstwo, jesteśmy prawie sami. Choć nie – od pierwszego kilometra towarzyszą nam liczne gryzonie, biegające chaotycznie od skały do skały. Pręgowce berberyjskie, które według legendy przybyły na Fuerteventurę na promie z Maroka, są zbliżone w wyglądzie i zachowaniu do naszych wiewiórek. Wystarczy wystawić dłoń, a ciekawski zwierzak wdrapie się po naszej nodze by sprawdzić, czy nie mamy dla niego czegoś do jedzenia. 



W tle wulkan Calderon Hondo – odnoga szlaku prowadzi na punkt widokowy nad jego kalderą.




Na horyzoncie pojawia się Lanzarote

Sama kaldera wulkanu jest ciekawa, choć byliśmy nastawieni na coś większego. Schodzimy z powrotem na szlak, który po kilkuset metrach zmienia się w zwykłą, szutrową drogę. Takim traktem schodzimy kolejne 6 km do samego Corralejo. Po drodze mijamy wspaniałe, wulkaniczne krajobrazy, dzikie kaktusy oraz… sporą grupę quad’owców, zmierzających w głąb dzikiego obszaru. Za którymś pagórkiem, w tle pojawia się ocean i Lanzarote, która jest oddalona od Fuerteventury o zaledwie 11 kilometrów. Zerkamy na zegarek – jak wszystko dobrze pójdzie, jeszcze dziś uda nam się tam dopłynąć.

Odnoga szlaku prowadząca do punktu widokowego na kalderę wulkanu Calderon Hondo.

Sama kaldera. Interesująca, choć dość niewielka.

Z tej wysokości możemy popatrzeć na oddalony o kilkanaście kilometrów kurort Playa Blanca na Lanzarote.

Dalsza droga w kierunku Corralejo obfituje w ciekawe krajobrazy.

Upiorne znalezisko… co to mogło być za zwierzę?


Promem na Lanzarote

Dotarliśmy do Corralejo, nasz dzień zapoznawczy z Fuerteventurą dobiegł końca. Corralejo to miejscowość typowo turystyczna. Mimo, że nie ma sezonu, po głównym deptaku przechadza się całkiem sporo osób. Na każdym rogu znajdują się markowe sklepy z ciuchami, puby i kluby, wystawne restauracje. Bliżej linii brzegowej pobudowano apartamenty i wielopiętrowe hotele, o czym się przekonujemy kilka dni później, w drodze powrotnej na lotnisko. Nie spędzamy w mieście dużo czasu –  w sklepie robimy zakupy, posilamy się grillowanymi kanapkami w deptakowym barze. W porcie kupujemy bilety na Lanzarote – mamy szczęście, bo ostatni prom w niższej cenie (14€) odpływa za pół godziny. Reszta rejsów kosztuje astronomiczne 27€ od osoby w jedną stronę.


Nasz prom na Lanzarote.

Malutka, niezamieszkała wyspa Lobos, znajdująca się tuż obok Fuerteventury. Można na nią dopłynąć tzw. „wodną taksówką” z portu w Corralejo.

40-minutowy rejs mija niezwykle szybko…

Lanzarote. Przed nami port w Playa Blanca.

 


Czyściutka Playa Blanca i rajskie plaże Papagayo

Playa Blanca od pierwszego wejrzenia robi na nas doskonałe wrażenie –  estetyczne budynki o śnieżnobiałej elewacji, uporządkowane ogródki przed domostwami. Na gankach nie brakuje doniczek z kwiatami, wokoło rosną liczne kaktusy i palmy. Choć miejscowość jest całkiem zaludniona i dość rozległa, nie ma typowego, kurortowego charakteru. Raczej sprawia wrażenie sennego, spokojnego miasteczka. A może to wynika z faktu, że odwiedzamy ją w lutym? 

Miejskim autobusem przemieszczamy się na wschodnie rubieże, skąd już rzut beretem do słynnej lanzarotańskiej plaży Papagayo. Umiejscowione pomiędzy skalnymi klifami zatoki z piaszczystymi plażami sprawiają wrażenie rajskich. Z racji późnej pory nie odchodzimy zbyt daleko od miasta – zatrzymujemy się ok. 2 km od ostatnich zabudowań na szerokiej plaży, gdzie w bezpiecznej odległości od morza rozbijamy namiot. Aż do kolejnego poranka nie spotykamy tu żadnego człowieka, a o wschodzie księżyca próbujemy zażyć morskiej kąpieli.

Poniżej trochę zdjęć z okolic plaży Papagayo i miasteczka Playa Blanca.




 






Na dzisiaj to by było na tyle, zapraszam do śledzenia kolejnych części relacji z wycieczki po Wyspach Kanaryjskich oraz pozostawienia śladu obecności 🙂

Zobacz także:

Krym – Półwysep Tarchankut – tam gdzie step spotyka się z morzem
Stara Łada w służbie taxi… motoryzacyjny skansen na Ukrainie
Nocowanie w namiocie na dziko – 5 rzeczy, które musisz wiedzieć

2 przemyślenia nt. „Wyspy Kanaryjskie autostopem? Przełamujemy stereotypy!

  1. Bardzo fajny blog i dużo przydatnych informacji. My też w tym roku wybieramy się na własną rękę na Lanzarote i Fuertę. Z tego co widziałem na stronie Lineas Maritimas Romero, cena promu z Playa Blanca do Corralejo wynosi 27 E za os, ale w obie strony, czyli za 2 osoby w obie strony – 54 E. Nie jest to może mało, ale Fred Olsen jest dwa razy droższy, chociaż też 2 razy szybszy. Pozdrawiam

    • Dokładnie tak. Jak będziecie na miejscu to obejdzie skrupulatnie cały port – my dość długo szukaliśmy najtańszego przewoźnika, a obsługa kierowała nas wyłącznie do kasy Freda Olsena. Nie wiem ile on płynie, ale nasz rejs trwał 40minut. Nie jest to tak dużo mając na uwadze, ze plyniecie w promieniach zachodzącego słońca było atrakcją samą w sobie 🙂 dziękuję za opinię i zapraszam do częstych odwiedzin strony 🙂

Dodaj komentarz

Close