Park Narodowy Timanfaya – pola lawowe aż po horyzont

– Nie czujecie się jak na księżycu? Zobaczcie tylko… Gdzie nie spojrzeć, wszędzie czarno – nasz gadatliwy kierowca nie może się nadziwić mijanym krajobrazem.

Tym razem trafiliśmy na Niemca, który podobnie jak my przyleciał na tydzień zwiedzić Lanzarote. Zachwycamy się widokami nie mniej niż on. Mimo, że mkniemy równą asfaltówką już dobre kilkanaście minut, wokoło widzimy tylko pola z zastygłej lawy przybierającej różne kształty. 

Właściwie aż 20% wyspy jest pokryte polami lawowymi. Najsilniejsze erupcje miały miejsce w latach 1730 – 1736, gorąca lawa wydobywała się z wulkanicznych kraterów nieprzerwanie przez 6 lat, zmieniając krajobraz wyspy już na zawsze. W porę ewakuowani mieszkańcy musieli na stałe przesiedlić się w inne rejony wyspy. Kolejna i ostatnia dotychczas erupcja miała miejsce w roku 1824. W roku 1974 na części obszarów erupcji ustanowiono Park Narodowy Timanfaya, jako wspaniały przykład powulkanicznych systemów przyrodniczych.

Droga przez Park Narodowy Timanfaya.

Samotna palma samosiejka?

Część pól lawowych powolutku zarasta drobną roślinnością. 


El Golfo – zielonkawe jezioro Charco de los Clicos

Zanim rozpoczniemy wycieczkę po terenach rodem z Mordoru Tolkiena, zatrzymamy się na chwilę w El Golfo – niewielkiej miejscowości, w której zrobiliśmy sobie krótki przystanek przed zwiedzaniem wulkanicznego parku.

El Golfo, oddalone o kilkanaście kilometrów od kurortu Playa Blanca, jest opisywane jako jeden z punktów „must see” na Lanzarote. Nad brzegiem oceanu, pomiędzy skałami znajduje się niewielkie jeziorko zasilane wodą morską o niezwykłej, zielonkawej barwie. Kolor wody zawdzięcza rosnącym w nim algom. Stojąc w punkcie widokowym aż trudno sobie wyobrazić, że jeziorko jest usytuowane w kalderze dawnego wulkanu El Golfo, którego połowa została wchłonięta przez ocean. 

Jezioro Charco de los Clicos o kolorze mocno kontrastującym z otoczeniem.

Niestety El Golfo jest praktycznie zadeptane przez turystów… Kiedyś można było zejść ze skały i obejrzeć jezioro z bliska, dziś wszyscy tłoczą się tutaj – na jedynym punkcie widokowym.

 

Korzystając z faktu, że Pani w sklepie z pamiątkami zgodziła się czasowo przechować nasze plecaki, zarządzamy krótką włóczęgę po okolicy. Poza topową atrakcją, El Golfo jest także urokliwą, ładnie położoną miejscowością. Wdrapujemy się na pomarańczowe klify obserwując wzburzony ocean i fale rozbijające się z hukiem o skały… Jeszcze szybka kawka i wracamy po plecaki. Łapanie stopa idzie dość opornie, jednak udaje się zatrzymać „złotą strzałę”, prosto do celu…


 

Park Narodowy Timanfaya – klimat niczym w tolkienowskim Mordorze

No to zaczynamy zwiedzanie. Bilety do parku (9€) kupuje się już przy zjeździe z głównej drogi, skąd do samego „Visitor Center” są jeszcze dwa kilometry. Na nasze szczęście stop na ten odcinek złapał się sam 😉

Park Narodowy Timanfaya (a przynajmniej jego główna część) jest udostępniony do zwiedzania tylko i wyłącznie z okien turystycznych autokarów, które przemierzają 10-kilometrową trasę po wąskiej nitce asfaltu. Kręta droga jest poprowadzona przez fantastyczne tereny, autokar pokonuje znaczne wzniesienia, a kierowca z nonszalancją przeciska się przez lawowe wąwozy. Przez okna podziwiamy niesamowity krajobraz pozbawiony życia, na horyzoncie nie majaczy nawet jedno drzewo. Czuję się trochę jak na Islandii z tą różnicą, że tam lawowe gruzowisko szybko pokrywa się mchem i innymi porostami, ze względu na wilgotny klimat. Tutaj mamy wrażenie, jakby ostatnia erupcja miała miejsce wczoraj, a nie 200 lat temu. 







Zwiedzanie zza szyby autokaru

Niestety jesteśmy srogo zawiedzeni formą zwiedzania. Podczas całego przejazdu, trwającego prawie 40 minut, nie można w żadnym miejscu wyjść z autokaru. W związku z tym wszystkie zdjęcia można robić tylko przez szybę. Co prawda kierowca zatrzymuje się przy bardziej charakterystycznych formacjach skalnych, wtedy z głośników płyną informacje o mijanym obiekcie po angielsku, niemiecku i hiszpańsku. Ja rozumiem ochronę przyrody, konieczność pozostawienia parku w nienaruszonym stanie, jednak zorganizowanie 2-3 punktów widokowych na trasie nie skutkowałoby momentalną degradacją krajobrazu. A z pewnością zwiększyłoby poczucie autentyczności miejsca i pozwoliło zrobić kilka zdjęć bez refleksu na szybie. Do tego wszystkiego, pod koniec nagranych przemówień włącza się psychodeliczna muzyka, niczym utwory Rammsteina pozbawione słów… Szkoda też, że nie umożliwiono przejścia choćby fragmentu tej interesującej trasy na piechotę. W całym parku dla trekkingu udostępnione są jedynie dwa szlaki –  jeden wzdłuż wybrzeża, drugi do wulkanu Caldera Blanca, którym wybraliśmy się nazajutrz. 

Co ciekawe, kilkanaście metrów pod powierzchnią gruntu, na którym znajduje się parkowe centrum turystyczne, panuje temperatura ponad 600°C! Pracownicy wykorzystują ten fakt do organizowania nietypowych pokazów – w specjalnie utworzone otwory z wiadra wlewana jest woda, która błyskawicznie osiąga temperaturę wrzenia i z łoskotem wystrzeliwuje w górę niczym gejzer. Następnie w niewielki krater pracownik przy pomocy wideł wkłada wyschnięte siano, które momentalnie ginie w płomieniach. Ponadto znajdująca się w tym miejscu restauracja wyposażona jest w wielki grill wulkaniczny, do którego nie trzeba nigdy dorzucać węgla.





W drodze na wulkan – pieszy szlak na Caldera Blanca

Kolejny dzień. Dzięki zaufaniu i uprzejmości Hiszpanów mieszkających na skraju parku narodowego, tym razem nie nagięliśmy prawa rozbijając namiot na dziko. Udało nam się rozbić „na gospodarza” w ogródku u ludzi, do tego zgodzono się abyśmy zostawili namiot i ciężkie plecaki na kilka godzin koło domu. Dzięki temu możemy wyruszyć na wycieczkę po parku Timanfaya bez ciężkich tobołków 🙂


Pieszy szlak na szczyt wulkanu Caldera Blanca jest interesującym uzupełnieniem autokarowej przejażdżki po najciekawszych fragmentach lawowych krajobrazów. Czterokilometrowa trasa prowadzi wąską ścieżką wzdłuż formacji magmowych ciągnących się po horyzont, na końcu widnokręgu wyrasta jedno z głównych wzniesień wulkanicznych tej części wyspy. Wulkan Caldera Blanca z daleka wygląda niczym wyspa wyrastająca z morza lawy. Od razu skojarzył mi się z wulkanem Hverfjall na Islandii, który w identyczny sposób góruje nad płaską doliną. Będąc na górze to wrażenie jest spotęgowane. Z jego szczytu rozciąga się widok na dużą część parku Timanfaya, widać także wybrzeże i granatową toń Atlantyku. Zresztą… zobaczcie sami poniżej 🙂

Dość osobliwy widok z podjazdu naszych gospodarzy 😉

Przez pierwsze kilkaset metrów szlak prowadzi wygodnym, szerokim traktem.

Przed nami Caldereta, w oddali Caldera Blanca. Oba wzniesienia zostały ukształtowane w wyniku erupcji w latach 1730-1736.


Wnętrze Calderety. Idealne miejsce pod namiot, choć w przypadku przyłapanie przez służby – dość kosztowne 🙂

Ania dzielnie się wspina po bocznej ścianie wulkanu.

Ogromna kaldera wulkanu Caldera Blanca. Wokół przejmująca cisza, przerywana nieregularnymi podmuchami wiatru. Najciekawsze jest to, że pierwszych turystów spotkaliśmy dopiero na zejściu z wulkanu. Opłaca się wcześnie wstawać!




Tym sympatycznym akcentem żegnamy Park Narodowy Timanfaya, udając się na północną część wyspy. A ja zapraszam do przejrzenia innych wpisów z naszej wyprawy po Wyspach Kanaryjskich 🙂

 

 

4 przemyślenia nt. „Park Narodowy Timanfaya – pola lawowe aż po horyzont

Dodaj komentarz

Close