Krym cz. 1. Półwysep Tarchankut – tam gdzie step spotyka się z morzem

Jedno z najbardziej dziewiczych miejsc na Krymie – to tutaj bezkresny step spotyka się z morską tonią. Półwysep Tarchankut – majestatyczne klify, wpadające pionowo do morza, urokliwe, piaszczyste zatoczki, możliwość rozbicia namiotu dosłownie wszędzie. Zapraszam do wspólnego zagłębienia się we wspomnienia jednego z najciekawszych miejsc z wyprawy rowerowej na Krym. 

Na rowerze wokół półwyspu

Czasem zdarza mi się z nostalgią wspominać Krym, który jeszcze trzy lata temu był osiągalny dla każdego, bo leżał w granicach Ukrainy. To już 6 lat minęło, odkąd udało się objechać ten niezwykły półwysep na rowerze. Może ta kraina ma szczególne miejsce w mojej pamięci, bo zrealizowałem tam swoją pierwszą, poważną wyprawę? A może dlatego, bo poznałem sympatycznych ludzi, ujrzałem fantastyczne miejsca i na niemal półtora miesiąca namiot stał się moim przenośnym domem? Hmm…

Długo się zastanawiałem, czy w ogóle wracać publicznie do tych wspomnień. W końcu minęło sporo czasu, na Krym nie jest już tak łatwo pojechać, ceny i część informacji mogła się już zdezaktualizować. Postanowiłem jednak odgrzebać zakurzone już zapiski w dzienniku z 2011 roku i podzielić się z Wami wspomnieniami z podróży. Wybrałem subiektywnie kilka miejsc i regionów półwyspu (mniej lub bardziej znanych), które najbardziej zapadły mi w pamięć z różnych względów.

Powierzchnia Krymu jest równa mniej więcej powierzchni województwa wielkopolskiego. Na całym półwyspie dominuje suchy klimat zwrotnikowy. Latem opady są rzadkie, ale zazwyczaj intensywne, a temperatura w dzień raczej nie spada poniżej 30 stopni.

Wzdłuż południowego wybrzeża, niemal nad samym Morzem Czarnym rozciągają się góry o wysokości dochodzącej do ok. 1200 m.n.p.m. Ten imponujący fragment Krymu nazywany jest szumnie Riwierą Krymską. To tutaj znajdują się słynne wypoczynkowe miejscowości, takie jak Teodozja, Ałuszta czy Jałta (ta ostatnia akurat nam znana jeszcze z innego powodu). O samej Riwierze, bajecznych górskich widokach i głównych atrakcjach tej części półwyspu będzie później. Dziś dopiero wraz z Michałem nieśmiało wjeżdżamy na Krym, wysiadając z pociągu na dworcu w mieście Cherson. Jeszcze tylko 75 km i przekroczymy granicę obwodów, znajdziemy się w Autonomicznej Republice Krym.

Wita nas miasto Cherson.

Jedna ze stacji lini kolejowej na Krym. Obecnie na półwysep nie kursują już żadne pociągi… Wówczas postanowiliśmy podjechać kilkadziesiąt kilometrów w kierunku Armiańska, aby ominąć nieprzyjemny odcinek ruchliwej drogi.

Oczekiwanie na peronie się przedłużało…

 

Rowerem wzdłuż poszarpanej linii brzegowej

Jesteśmy! Pierwszym miejscem, do którego zmierzamy jest półwysep Tarchankut, zlokalizowany na zachodnich rubieżach Krymu. Szczerze, nie nastawialiśmy się na ponadprzeciętne widoki. Ot, kilka skalnych klifów, wpadających do morza. To, co zobaczyliśmy na miejscu, dosłownie wbiło nas w… siodełka.

W miejscach, gdzie klify się obniżają i jest możliwość łagodnego zejścia do wody, często biwakują turyści. 

A wzdłuż klifów prowadzi taka oto, wygodna szutrówka…

 

Meduza wielkości główki kapusty?

Cypel otoczony z trzech stron przez morskie wody, to dziewicze, stepowe pustkowie, poprzecinane siatką szutrowo – kamienistych dróg. Pagórkowaty krajobraz jest w zasadzie pozbawiony drzew, całość terenu porasta gęsta, wysuszona trawa i karłowate krzewy. Tym niemniej, najciekawiej jest nad samą wodą. Wzdłuż poszarpanej linii brzegowej przebiega jedna z dróg – na długości 25 kilometrów możemy z niej podziwiać pionowo wpadające do morza Czarnego klify, których wysokość dochodzi do 60 metrów. Widok na błękitną toń morską i rozbijające się z hukiem fale jest rewelacyjny. Pod przejrzystą powierzchnią lazurowej wody możemy dojrzeć ogromne meduzy, które przypłynęły do zatoki z prądem morskim. 

Akurat w tym miejscu raczej bym się nie kąpał 🙂

 

Kieliszka wódki od rodaka się nie odmawia

Planujemy przejechać rowerem wzdłuż całej linii brzegowej. Nie jest to takie łatwe, jak się z początku wydaje – znikający za kolejnymi pagórkami szutrowy trakt pokonuje znaczne przewyższenia. Co rusz zjeżdżamy z wysokiego wzniesienia do poziomu morza, gdzie na skraju widokowych zatoczek spotykamy turystów. Większość ludzi przyjeżdża tu z namiotami lub camperami; spędzają nad morzem czasem długie tygodnie. W większości takich zatoczek infrastruktura turystyczna nie istnieje, w niektórych powstały proste sanitariaty i ustawiono chociaż kontenery na śmieci.

W jednej z zatoczek spotykamy ekipę Polaków, którzy z samego rana częstują nas wódką. Ze swoimi mamy się nie napić? 😉 Przyjechali tu z Wrocławia, jak co roku na ponad miesiąc. Mają ze sobą cały ekwipunek pozwalający komfortowo wypoczywać nad dziką zatoką – turystyczne stoliki i krzesła, zapasy jedzenia i picia, noże do obróbki złowionych ryb. W razie potrzeby, można coś dokupić w miejscowości, która znajduje się 10 km wgłąb lądu. Sami również się tam udajemy, aby uzupełnić zapasy żywnościowe.

Postanawiamy spędzić w tym bajecznym miejscu jeszcze jedną noc. Rozbijamy namiot w południowej części rezerwatu; tutaj klify są już niższe i można swobodnie zejść do wody. Robimy niewielkie ognisko z drewna, które na brzeg wyrzuciło morze.

Odszukałem informację, że widoczny na zdjęciu fragment klifu oderwał się od lądu w latach 80-tych. Ponoć trzęsienie ziemi było odczuwalne nawet kilkadziesiąt kilometrów od Tarchankutu.

Ludzie ułożyli napisy z licznych kamieni… jesteście w stanie któryś odczytać? 🙂

Wprawne oko znajdzie polski akcent na tym zdjęciu 🙂

Nasz drugi nocleg na półwyspie Tarchankut.


Ruszamy dalej w kierunku słonych jeziorek

Nasza dalsza marszruta wiedzie na wschód – wokół jeziora Donuzlaw do Mołocznego i Eupatorii. Następnego dnia nocujemy właśnie w Mołocznem nad samym morzem. Rozbijamy namiot obok grobli oddzielającej plażę od słonych jeziorek, będących prawdopodobnie dawniej częścią morza. Obecnie nie mają z nim połączenia. Wyporność ze względu na poziom zasolenia jest tak duża, że nie mam możliwości utonąć! Idealne miejsce dla osób chcących nauczyć się pływać, woda sama wypycha do góry 🙂 

W kolejnym wpisie zagłębimy się już w góry – udamy się między innymi do skalnego miasta Czufut – Kale. A poniżej jeszcze kilka zdjęć z okolic miejscowości Mołoczne. 

Dwupasmówka 🙂

Jedna z miejscowości po drodze. Opuszczony dom targowy i zastygnięty podczas przechadzki Włodzimierz Lenin na betonowym cokole, to smutny obraz głównego placu tego miejsca.

Mołoczne. Mało kto wie, że w tej niewielkiej miejscowości funkcjonuje linia tramwajowa. 1,5 km trasa łączy jeden z państwowych pensjonatów z plażą nadmorską. 

Dziwna kąpiel… stopień zasolenia był tak duży, że potem musiałem iść się obmyć z soli w… morzu 🙂

Sympatyczny widok z namiotu.

Epilog… dwa lata po rowerowej wyprawie, pojawiamy się na Krymie znowu! Tym razem w pięcioosobowej ekipie, samochodami. I to nie byle jakimi 🙂 Maluch dzielnie dał radę ostrym, kamienistym podjazdom, choć wszędobylski kurz i piach pewnie pozostawił resztki pod tapicerką po dziś dzień 😉

 

 


Zobacz także:

Stara Łada w służbie taxi… motoryzacyjny skansen na Ukrainie
Nocowanie w namiocie na dziko – 5 rzeczy, które musisz wiedzieć
Wyspy Kanaryjskie autostopem

Jedno przemyślenie nt. „Krym cz. 1. Półwysep Tarchankut – tam gdzie step spotyka się z morzem

Dodaj komentarz

Close