Krym cz.4. Mierzeja Arabacka – dwóch rowerzystów, morze Azowskie i nic poza tym…

Wyobraź sobie dziki, kompletnie niezagospodarowany pasek lądu. Z jednej strony rozlegle, słone jezioro Siwasz, z drugiej wzburzone morze Azowskie. Pośrodku ubogiego, stepowego krajobrazu piaszczysta droga, rozgałęziająca się w liczne trakty, równoległe do siebie. To kierowcy przemierzający mierzeję rozpaczliwie omijają najbardziej nierówne i zapiaszczone fragmenty drogi, tworząc tym samym kolejną nitkę obok i rozjeżdżając suche stepowe porosty.

Mierzeja Arabacka – tutaj kończy się dla nas Krym…

Do niedawna mierzeja Arabacka była atrakcyjnym lądowym połączeniem okolic Heniczeska z półwyspem Kerczańskim na Krymie. Co prawda nie była to opcja najszybsza, bo większość 112 kilometrowej mierzei to droga nie utwardzona. Przejazd jej na całej długości był za to popularny wśród motocyklistów, kamperowców i turystów żądnych przygód. Trasa, choć płaska, wcale nie jest łatwa do pokonania. Poza piaszczystymi i podmokłymi odcinkami praktycznie przez cały czas podróżnikowi towarzyszy nieprzyjemna tarka za drodze, znana również z polnych dróg w naszym kraju.

Jeszcze w fazie planów rowerowej wyprawy, mierzeję Arabacką traktowaliśmy jako symboliczną wisienkę na torcie. Tą drogą mieliśmy opuścić półwysep Krymski i potem właściwie zakończyć wyprawę. Chcieliśmy też wykorzystać potencjał miejsca i rozbić namiot gdzieś pośrodku mierzei, poddać się pokusie słodkiego nic nie robienia i wyruszyć wtedy, gdy zaczną się kończyć zapasy wody.

Mierzeja Arabacka z lotu ptaka. Fragment północnego odcinka od strony Heniczeska.
Źródło: ua.igotoworld.com

 

Żegnamy się z asfaltem na kilka dni

Poranek. W ostatniej miejscowości przed mierzeją znajdujemy otwarty kafe-bar. Wcinamy ze smakiem po dwa czebureki, a w sklepie robimy ostatnie zapasy. Między innymi nabywamy 6-kilogramowego arbuza, którego mocuję na górnej części swojego bagażnika. I tak do wieczora spadnie na wybojach 3 razy i się obtłucze. 

Ruszamy, chwilę za miejscowością żegnamy się z asfaltem na najbliższe 3 dni. Ostatnie zabudowania przed wjazdem w całkowite pustkowie, to ruiny Twierdzy Arabackiej i baraki w miejscowości Soliane. Zamurowało nas, gdy na płocie przed byle jak skleconymi budynkami widzimy wyblakłą tablicę ze słoneczkiem i napisem „Baza otdycha”. Ciekawe, czy po rosyjskiej aneksji cywilizacja zdążyła dotrzeć i w to miejsce?

Ruiny Twierdzy Arabackiej, strzegącej Krymu od XVII wieku.


Soliane. Ośrodek wypoczynkowy z klimatem.

Przed wjazdem na dziki fragment mierzei jest jeszcze pomnik, ku chwale bohaterom.

 

Gdzie się podziali ludzie?

To, co na mierzeję przyciąga turystów podobnych do nas, to jej dziewiczość. Poza wspomnianą bazą odpoczynku, od strony półwyspu nie ma tu żadnych obiektów noclegowych ani nawet pól namiotowych. Mierzeja w najwęższym miejscu ma szerokość jedynie 250 m, a w tych szerszych i tak przez większość drogi widać zarówno słone jezioro od zachodu oraz morze Azowskie od wschodu, czemu sprzyja płaski teren. Pylisty trakt prowadzi przez sam środek mierzei, tworząc czasem nawet kilkanaście równoległych do siebie dróg, z których najczęściej żadna nie jest dobra 🙂 W każdej chwili można zjechać na plażę i wziąć szybką kąpiel, bez konieczności lawirowania między lasem parawanów 😉 W promieniu wzroku próżno szukać choćby jednego człowieka. 

Będąc mniej więcej pośrodku mierzei (w miejscu potencjalnie najdzikszym i najtrudniej dostępnym), postanowiliśmy rozbić namiot. Wbrew pozorom nie było to łatwe zadanie – tego dnia okropnie wiało, a próba przytwierdzenia namiotu szpilkami do piaszczystego podłoża mijała się z celem… Żadnych kamieni wokół nie było, wykorzystaliśmy więc to, co mieliśmy – nasze rowery, przywiązane sznurkiem do konstrukcji namiotu. Rozwiązanie mocno tymczasowe, na szczęście wieczorem wiatr się już uspokoił. 

Którą drogę wybrać?



Kąpiel w Zupie Azowskiej i ognisko z krowich odchodów

To uczucie, gdy plaża jest tylko dla Ciebie. Jak okiem sięgnąć, nad morzem nie widać ludzkiej sylwetki, wokół tylko szum fal, kwilenie mew i niemiłosiernie palące słońce. Teraz, gdy wspominam ten czas, klimat mierzei Arabackiej jednoznacznie kojarzy mi się z La Graciosą, jedną z Wysp Kanaryjskich.

Półtora dnia minęły nam beztrosko jak pstryknięcie palcem. Upalne słońce redukowała morska bryza i kąpiele w morzu, które i tak było bardzo ciepłe. Maksymalna głębokość morza Azowskiego to tylko 15 m, więc woda potrafiła się nagrzać nawet do 30C! Wieczorami udawało się nawet zrobić ognisko z patyków, które wyrzuciły fale i… z wyschniętych krowich placków, których w okolicy było pełno! Choć stado krów zobaczyliśmy dopiero w dalszej części drogi 🙂 W czasie naszego stacjonowania drogą przejechało kilkanaście samochodów, spotkaliśmy też piechurów z Rosji, którzy postanowili przejść całą mierzeję z plecakami w 4 dni. Musieli mieć spory zapas wody…

Spokojne wody jeziora Siwasz.

Napotkani piechurzy z Rosji. Pełen szacunek.

W północnej części mierzei tworzą się wewnętrzne jeziorka, które latem wysychają. Fragmentami ich dno jest wykorzystywane jako kolejna droga.

Nasza zmora. Białe szczypawki chowające się w piasku i muszelkach przed słońcem, nocą wychodziły na żer i nie dawały nam spokojnie siedzieć przy ognisku. Niestety nigdy nie może być zbyt pięknie…

Zachód słońca nad Siwaszem.

Witajcie betonowe płyty! 🙂

W okolicach miasteczka Strilkove zaczyna się utwardzona droga, pojawia się cywilizacja. Choć droga przez pierwsze kilometry to tylko nierówne, betonowe płyty, mamy ochotę zsiąść z rowerów i je ucałować. Na wyboistej tarce wytrzęsło nas równo 😉 Już dość, można się przeprosić z ukraińskimi, dziurawymi drogami.

A oto… jedyne drzewo na całej mierzei! Zdjęcie obowiązkowe!

Do cywilizacji jeszcze 20 kilometrów a tu nagle.. dom! Wyglądający na zamieszkały całorocznie. Bez kanalizacji i prądu (słupy pozbawione linii energetycznej), jednak da się żyć…

Opuszczone domy w okolicach Strilkove.

Najszersza droga, jaką w życiu widziałem.

Zaporożec. Do dziś się zastanawiam, czy jeżdżący – powietrze w dętkach było. 



Wszystko co dobre, kiedyś się musi skończyć

Także… to by było na tyle z naszej krymskiej przygody na rowerach, odkurzonej po latach. Ostatnie dni wycieczki upłynęły nam na spokojnej jeździe przez pola obwodu chersońskiego i powrocie pociągiem do Lwowa. A stamtąd do Polski już rzut beretem…

Rowerowa wyprawa na Krym do tej pory ma szczególne miejsce w mojej pamięci. Przede wszystkim dlatego, że była pierwsza. Musieliśmy się zmierzyć z obcym krajem, nieznanym językiem, trochę inną kulturą. Nauczyć się wyprawowej codzienności, zadaniowości, rozwiązywać problemy zupełnie odmienne od tych na co dzień. Zacząłem się uczyć podróżowania z sensem i otwartością. To miała być wyprawa życia. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że podróżowanie uzależnia jak narkotyk, a ja po powrocie do Polski będę już beznadziejnie uzależniony od rowerowych wypraw, a także od szeroko pojętego wschodu. Będę tu wracał wielokrotnie, eksplorować nowe miejsca, poznawać ludzi, zmieniać swój światopogląd i nabierać sił na przezwyciężanie codziennych trudności. Warto jednak pamiętać, od czego się to wszystko zaczęło. 

 

 

Zobacz także:

Wyspy Kanaryjskie autostopem!
Tramwajem przez bagno w Odessie
Krym – półwysep Tarchankut – gdzie step spotyka się z morzem

2 przemyślenia nt. „ Krym cz.4. Mierzeja Arabacka – dwóch rowerzystów, morze Azowskie i nic poza tym…

  1. Dawid, mnie interesuje odpowiedź na to pytanie, które zadałeś w tekście: Gdzie się podziali ludzie? Domyślam się, że młodzi wyjechali gdzies daleko w poszukiwaniu lepszego życia. A co ze starszyzną? Bo ze zdjęć wygląda to na kompletnie opuszczoną krainę…

    • Bo prawie tak jest. Nieliczne, pojedyncze gospodarstwa znajdują się na północy mierzeji. Jedyne skupisko domów przed asfaltem to te opuszczone budynki na zdjęciu z oslami. Reszta Arabatki to teren dziki, Nigdy nietkniety ręką człowieka. I właśnie to mnie tam przyciągnęło.

Dodaj komentarz