Krym cz. 3. Riwiera Krymska – czyli Jałta, szczyt Aj-Petri i najdłuższa linia trolejbusowa w Europie

To chyba najpiękniejsze miejsce, w którym spałem” – to zdanie było wypowiadane dość często, na zmianę przeze mnie i Michała. W rzeczy samej, średnio co kilka dni znajdowaliśmy miejsce pod namiot z widokiem, którego nie powstydziłby się kilkugwiazdkowy hotel. Tamten jeden nocleg pozostawił jednak daleko w tyle wszystkie poprzednie. Wyobraźcie sobie nagie skały dochodzące do 1000 m, obrośnięte od dołu gęstym lasem. Im dalej od wierzchołków szczytów, teren stopniowo obniża się, by wpaść do morza. Pomiędzy górami a wodą przebiega asfaltowa nitka, obok niej niewielki pagórek. A na jego szczycie nasz namiot, tuż pod wysoką sosną zapewniającą trochę cienia. Na tyle daleko od gwarnych miejscowości w dole, by czuć się bezpiecznie, na tyle blisko drogi, by z rana bezproblemowo na nią wrócić. A przez otwarte namiotowe wyjście widać gęstniejące zabudowania Ałupki, przez którą będziemy jutro jechać. Już zmierzcha, latarnie w miasteczku się zapalają – ostatni łyk jeszcze chłodnego piwa i czas spać, by nabrać sił na kolejny upalny dzień. Przed nami Riwiera Krymska.

Najlepszy nocleg z milionem gwiazdek

Na Riwierę Krymską przypadał dwudziesty któryś dzień naszej wyprawy, więc poprzeczka atrakcyjności namiotowych noclegów było podniesiona już wysoko. Szczerze, to nocleg na pagórku przy drodze spadł nam praktycznie z nieba – od 15 kilometrów szukaliśmy jakiegokolwiek sensownego miejsca pod namiot, co w tym rejonie akurat nie jest łatwe. Ze względu na największą atrakcyjność krajobrazową, południowe nabrzeże Krymu jest najbardziej zurbanizowaną częścią półwyspu. Poza takimi miastami jak Sewastopol, Jałta czy Sudak, wzdłuż linii brzegowej rozsianych jest kilkadziesiąt miejscowości. A tam, gdzie akurat zabudowań nie ma, ciężko rozbić namiot ze względu na ukształtowanie terenu.

W tym przypadku o noclegu nad samą wodą możemy tylko pomarzyć – droga biegnie na wysokości 200 – 300 m.n.p.m, tzw. zjazdy „kieszeniowe” są wybudowane tylko do miejscowości usytuowanych na brzegu. Jeden z takich zjazdów i podjazdów musiałem zaliczyć, by zaopatrzyć nas w posiłek na wieczór. 

Riwiera Krymska – kierunek urlopowy dla pracownika kombinatu

A w zasadzie czym jest ta cała Riwiera Krymska? To już trzeci akapit, a ja jeszcze nie wyjaśniłem o czym mówię 😉 Nadmorski obszar półwyspu Krymskiego, obejmuje najbardziej interesujący widokowo fragment nabrzeża, u stóp pasma Gór Krymskich, rozciągających się na długości 180 kilometrów. Jak nietrudno się domyślić, to także najbardziej turystyczna część Krymu. Słynne kurorty, takie jak Ałupka, Jałta, Ałuszta czy Teodozja w czasach radzieckich były odmieniane we wszystkich przypadkach przez pracowników ówczesnych biur podróży. W istocie jeszcze sam Włodzimierz Lenin, tuż po rewolucji zdecydował, że Krym będzie główną destynacją wypoczynkową mas pracujących. Słowo Wodza się rzekło, tak też się stało. Wzdłuż najbardziej turystycznego fragmentu linii brzegowej (między Ałupką a Ałusztą), na około 75 kilometrach powstały dziesiątki potężnych hoteli, sanatoriów, zwykłych pensjonatów i baz otdycha (wypoczynku). Dalszy odcinek riwiery (Ałuszta – Teodozja), już skromniej zabudowany, zachował do dziś spokojniejszy charakter, tylko miejscowości Sudak, Koktebel i Teodozja nie oparły się napływowi masowej turystyki. 

 

Turystyczny rozwój Krymu po rozpadzie ZSRR

Wprawdzie nie tylko pracownicza zsyłka zapełniała ludźmi plaże czarnomorskiego wybrzeża – na bezdyskusyjnych walorach Krymu szybko poznali się zagraniczni obywatele. Mimo pewnych braków infrastruktury i zagospodarowania turystycznego, Riwiera Krymska od czasu rozpadu ZSRR zaczęła być coraz chętniej odwiedzana przez zachodnich turystów. Najwięcej można było spotkać tu Polaków i Niemców, czego doświadczyliśmy podczas naszej rowerowej wycieczki. Nadal większość hoteli to komunistyczne, wielopiętrowe gmaszyska – próżno szukać na Krymie współczesnej architektury, której nie brakuje np. w Batumi, innym czarnomorskim kurorcie. Choć może to i lepiej…

Włodzimierz Lenin co prawda obecnie może tylko spoglądać z zawiścią na kapitalistyczne zło w postaci Mc Donalds’a, który stoi w centralnym placu Jałty u stóp jego pomnika. Jednak na początku XX wieku to on zapoczątkował taki, a nie inny rozwój turystyki na Krymie, czego nie można mu odjąć.

Gdzieś przed Ałupką. Nocleg z widokiem na wszystkie strony świata.

Jałta. Włodzimierz Ilicz łakomie spogląda na nasze powiększone porcje frytek 😉


Bałakława – radziecka baza łodzi podwodnych

No dobrze, rozpisałem się nieco tytułem wstępu. Zacznijmy w końcu zwiedzać! Choć zanim wjedziemy na widokowy odcinek drogi H19 i ujrzymy skaliste pasmo, zatrzymajmy się na chwilę w miasteczku Bałakława. To charakteryzujące się niezwykłym położeniem miasto jest obecnie częścią Sewastopola. Centrum usytuowane jest nad morską zatoką, otoczoną ze wszystkich stron wysokimi pagórkami. Wystarczy wejść na jeden z nich, aby ujrzeć miejscowość w pełnej krasie. Dziś Bałakława pełni głównie funkcję turystyczną, jest też popularną destynacją turystów zwiedzających Sewastopol. Za czasów radzieckich jednak stacjonowała tu Flota Czarnomorska – a konkretniej łodzie podwodne. W jednej ze skał wydrążono półtorakilometrowy kanał (!), w którym mieściło się osiem podwodnych okrętów. Tunel pełnił również funkcję bunkra przeciwatomowego, a załoga całej bazy liczyła około 1500 osób. Dziś część tunelu jest udostępniona zwiedzającym w formie muzeum, którego niestety nie odwiedziliśmy. Wdrapaliśmy się za to na jeden z pagórków.




Jałta – turystyczny kurort, w którym zapadły losy współczesnego świata

Z Bałakławy przebijamy się na skróty lasem, by dotrzeć do drogi H19. Przez najbliższe 2 dni nie rozstaniemy się z nią. Choć są wakacje, ruch jest umiarkowany. Na szczęście droga jest bardzo szeroka i samochody nie mają problemów z wyprzedzaniem dwóch sapiących rowerzystów na podjazdach 🙂

Kolejnego dnia z rana dojeżdżamy do Jałty. Chyba każdemu Polakowi nazwa tego miasta kojarzy się nie z turystycznym rozsławieniem w poprzedniej epoce, a z konferencją Wielkiej Trójki z 1945 roku. To tutaj, w pobliskim pałacu Potockich w Liwadii podjęto kluczowe decyzje dla Europy Środkowo – Wschodniej. To wtedy Polska utraciła bezpowrotnie Kresy Wschodnie, a Związek Radziecki przejął bezpośrednie zwierzchnictwo nad naszym krajem. 

Dziś wnętrze muzeum można zwiedzić, w środku nawet natkniemy się na Churchilla, Roosevelta i Stalina 😉 Sama Jałta to, jak już pisałem wyżej, główna destynacja turystyczna na Krymie. Poza dużym portem i szerokim bulwarem (bo zbyt ciekawych plaż raczej tu nie uświadczycie), to wspaniały punkt wypadowy w góry. Między innymi można stąd wjechać marszrutką (tak, wjechać!) na jeden z wyższych i bardziej znanych szczytów Gór Krymskich, Aj – Petri (1234 m). 

 

W drodze do Jałty.



Jaskółcze Gniazdo – jeden z głównych symboli Krymskiej riwiery, znajdujący się na prawie każdej pocztówce. Zamek wybudowany w 1912 roku powstał na szczycie 40 metrowego klifu.

Pałac Potockich w Liwadii pod Jałtą. To tu miała miejsce ważna konferencja.

Nadmorski bulwar w Jałcie. Na zdjęciu widać niezwykłe położeniu miasta, port oraz mało atrakcyjną plażę miejską. 

 

Aj – Petri: Marszrutką prosto na szczyt

Postanawiamy skorzystać w tym wypadku z transportu publicznego, 23 kilometrów ostrego podjazdu rowerem, rozpoczynającego się od poziomu samego morza, niezbyt nam się uśmiecha. Busiki odjeżdżają spod samego dworca autobusowego – ciężko ich nie znaleźć, naganiacze chętnie wskazują drogę. Wtedy wjazd na samą górę kosztował 60 hrywien od osoby. Droga na szczyt jest dosyć karkołomna, w większości wiedzie przez las. Co ciekawe, wcale nie kończy się przy Aj-Petri – znaki pokazują Bakczysaraj. Po drodze kierowca się zatrzymuje aby pokazać nam wspaniały wodospad Uczad – Su, który… akurat „nie działa” 😉 O tej porze roku prawie nie pada, więc i wodospad na jakiś czas zniknął.

Gdy wyjeżdżamy ponad korony drzew, widoki zmieniają się diametralnie. Jesteśmy teraz na kamienistej łące, z rzadka rosną karłowate, iglaste drzewa. Cały teren wokół szczytu, jak to na Ukrainie bywa, jest ogrodzony i przerobiony na bazar. Akurat mieli gdzie go postawić, bo pod szczytem jest rozległy płaskowyż. Jest tu pełno stoisk z krymskimi przyprawami, ubraniami, a właściwie wszystkim, co dusza zapragnie. Są knajpy, pomiędzy nimi stacja kolejki linowej. Czujemy się jak w środku miasta, a nie na szczycie góry. Aby dostać się na wierzchołek trzeba… dodatkowo zapłacić. Mimo to warto, widok jest fenomenalny. 

W dole Jałta – jeszcze przed chwilą tam byliśmy.


Na samym szczycie atrakcja dla odważnych – spacer po mostku linowym 🙂

Szybki zjazd kolejką linową w dół. Wysłużone, oldschoolowe wagoniki mają klimat.

 

Trojelbusem nad morze? Czemu nie!

Przy okazji tematu Jałty warto wspomnieć, że nieprzerwanie od 1959 roku docierają tu trolejbusy aż z Symferopola, stolicy Krymu. Cała linia liczy sobie aż 86 kilometrów, co czyni ją najdłuższą w Europie. Trolejbusy po przekroczeniu rogatek Symferopola wspinają się na przełęcz Angarską (752 m.n.p.m) i dojeżdżają do Ałuszty. Stąd, już wzdłuż linii brzegowej, zmierzają główną drogą do dworca w Jałcie. Blisko trzygodzinna podróż obfituje w interesujące widoki, trolejbus poruszając się z dość dużą prędkością, jak na wschodnie standardy, pełni funkcję dowozową, jak i turystyczną.

Na przełomie tysiącleci przedsiębiorstwo było pogrążone w kryzysie, pojazdy kursowały rzadko, a pasażerowie przesiadali się do szybszych marszrutek. Obecnie (także za czasów naszej wizyty) podejmuje się próby przywrócenia dawnej świetności tego środka transportu, co przynosi efekty. Już w 2011 roku kursowało sporo nowoczesnych pojazdów, częstotliwość oscylowała w granicach 15 minut na całej trasie. Myślę, że taka przejażdżka to nie lada gratka nie tylko dla miłośników komunikacji.

Sami mamy okazję przejechać się trolejbusem na całej długości linii 2 lata później, podczas drugiej wizyty na Krymie. 

Trolejbus krymski złapany na trasie między Jałtą a Ałusztą. 

Co ciekawe, po Jałcie wytyczona jest także linia wewnątrzmiejska, na której kursują wysłużone Skody 9Tr.


Opuszczamy główną część riwiery 

Ciekawych miejsc wzdłuż Riwiery Krymskiej jest tak dużo, że nie sposób wszystkich opisać. Chciałbym Wam opowiedzieć o ogrodach w Nikicie lub winiarniach w Massandrze, ale wtedy najprawdopodobniej tylko starzy blogowi wyjadacze dotrwaliby do końca wpisu 🙂

Przenieśmy się teraz w dalszą część riwiery, która według niektórych źródeł już riwierą się nie nazywa. To fakt, że gdy w Ałuszcie skręcamy na drogę P29, ruch nagle maleje, a turystyczne miejscowości pojawiają się rzadziej. Drastycznie zwiększa się natomiast stopień trudności drogi – kończą się odcinki płaskie, a zaczynają przełęcze, na które droga się wspina trawersem. I zaczyna się schemat: godzina mozolnego pedałowania pod górę, 10 minut zjazdu do poziomu morza. Raz, drugi, trzeci. Mamy serdecznie dość, choć widoki są kapitalne. Pomiędzy kolejnymi pagórkami wciśnięta jest miejscowość, w której postanawiamy się rozbić na noc. Żeby zjechać na samą plażę musimy „rozebrać” rowery z sakw i znosić wszystko na raty, aby nie spaść ze sporej stromizny. Następnego dnia od rana byczymy się nad krystalicznie czystym morzem i postanawiamy zostać tu jeszcze jeden dzień. W końcu, czy dokądś nam się spieszy? 😉

Droga P29. Nieustanne podjazdy w tym upale wykończyłyby każdego 😉

Nasze nadmorskie noclegi.



Jedna z mijanych baz otdycha. Oczywiście czynna! Do dziś się zastanawiam, czy neon nad samochodem świeci w nocy 😀

 

W drodze do Teodozji – to już koniec podjazdów!

Przejeżdżając przez Sudak i Teodozję z jednej strony cieszymy się, że to już koniec górskiej męczarni, z drugiej żałujemy, że oddalamy się od morza nieco w głąb półwyspu. Najsłynniejszy odcinek drogowy Krymu już za nami, ponoć to, co najciekawsze już widzieliśmy. Jeszcze się nie spodziewamy, że czeka na nas kolejny nieskomercjalizowany cud natury, czyli mierzeja Arabacka. Ale… o tym dopiero w następnym wpisie, na dziś starczy 🙂 Zerknijcie sobie jeszcze na kilka zdjęć. I nie zapomnijcie polubić wpisu 😉





Sudak. Średniowieczna twierdza genueńska.

Trampolina z betonu 😉

Kurortnoje. Molo wątpliwej konstrukcji. Ciekawe, czy Rosjanie coś z tym zrobili?

Dwujezdniowy prospekt z widoczkiem.
fot. Michał Zaręba

 

 

 

Zobacz także:

Islandia na rowerze
Wyspy Kanaryjskie autostopem!
Gruzja rowerem – przez wioski pasterskie

 

Dodaj komentarz