Szlakiem w kierunku Bratteli i Songesand. Dzika ścieżka z dala od turystów

Nad szmaragdowymi wodami fiordu unoszą się mgły. Brzask oznajmia nastanie kolejnego dnia, choć póki co na słońce nie ma co liczyć – deszczowe krople już od paru godzin bębnią o namiotowy tropik. Niemniej zebrać się trzeba, za pół godziny odpływa mój prom. Na szczęście mam niedaleko – rozbiłem się na samej przystani w Bratteli. Przystań jest tak mała, że ledwie zmieścił się tu mój namiot i mała ławeczka. Zaciągam się wilgotnym powietrzem, chłonę widok groźnego, skalistego brzegu wpadającego w spokojne lustro wody. Jestem sam… właściwie nie spotkałem człowieka od niemal doby

W kierunku Bratteli – tu nie spotkam żywej duszy

Schodząc z Preikestolen zapragnąłem urozmaicić sobie nieco trasę. Moim kolejnym celem był szlak na Kjerag, który rozpoczyna się nieopodal Lysebotn (miejscowości, położonej na samym końcu fiordu Lysefjord). Mogłem do niego dojechać drogami publicznymi na około lub dojść na piechotę. Wybrałem drugą opcję. Mniej więcej kilometr od Preikestolen szlak się rozgałęzia – można stąd wrócić na parking Preikestolenhytta lub udać się mniej uczęszczaną ścieżką w kierunku Lysebotn. Szlak prowadzi wzdłuż fiordu aż do jego końca – ja postanowiłem jednak dojść tylko do Bratteli, tam odpocząć i z samego rana złapać prom do Lysebotn. 

Już po chwili od startu droga z szerokiego, kamienistego traktu zmieniła się w wątłą ścieżkę pomiędzy zaroślami. Początkowo szedłem ostro w dół, stopniowo zagłębiając się w las. Kamienie były śliskie i trzeba było uważać gdzie stawia się nogi – siąpiący deszcz niestety nie dawał nadziei na poprawę sytuacji.

Mimo tego nie opuszczał mnie dobry humor – po zejściu z głównego szlaku na słynną skalną półkę nie spotkałem żywej duszy; mogłem się wyciszyć i sam na sam kontemplować surowe, norweskie krajobrazy. W bardziej widokowym miejscu, korzystając z chwilowej przerwy w opadach, odpaliłem kuchenkę i przygotowałem sobie małą czarną. Siedząc tak na kamieniu, rozglądając dookoła dumałem… jak to dobrze, że tu jestem. Sam, właśnie sam. Moja pierwsza samotna podróż – niezliczone, przydwyjazdowe obawy gdzieś się ulotniły. Została tylko nieskrępowana radość. Szczery uśmiech, jako odzwierciedlenie stanu ducha, zagościł na mojej twarzy – może właśnie dzięki przełamaniu kolejnej bariery, której się obawiałem, a może po prostu za sprawą pobudzającej kawy, która zwykle poprawia mi nastrój.

Posępny poranek na Preikestolen. Czas ruszać w drogę!

Przedstawiam Wam kolegę o imieniu Katsuma. Spotkaliśmy się rano na Preikestolen i przegadaliśmy wspólną część szlaku w dół. Podobnie jak ja, do Norwegii przyjechał samotnie. Pochodzi z Japonii, na co dzień studiuje w Irlandii, a każdą wolną chwilę wykorzystuje na podróże po Europie. W Polsce był rok temu, Warszawa mu się nie podobała 😀

Początkowy odcinek szlaku do Bratteli prowadził przez las. 

Gdy z niego wyszedłem, zza drzew ukazał się taki widok.


Nieprzewidziane pułapki na szlaku

Takie piękne momenty nie mogą trwać wiecznie – chwilę później zostałem sprowadzony do parteru. Meszki. Kto był w Skandynawii, z pewnością się zetknął z tą plagą. Ja do tej pory, jadąc przez wietrzną Islandię, nie spotkałem się z tym cholerstwem, toteż nie zabrałem ze sobą żadnego specyfiku na nie. Po kilku minutach siedzenia w bezwietrznym miejscu, zwabiona ludzkim zapachem (szczególnie potu), przylatuje jedna i gryzie Cię w ucho. Nie mija minuta, aż zjawiają się koleżanki i zaczynają ucztę wlatując do oczu, nosa i gryząc w stopy przez skarpetki. Małe i natrętne, atakują w takiej ilości, że nie ma sensu walczyć. Trzeba założyć plecak i po prostu iść dalej…  

Do Bratteli miałem tylko 8 kilometrów, co wliczając postoje zajęło mi prawie 8 godzin! Z jednej strony nie spieszyłem się zbytnio, poza tym szlak był dość trudny technicznie. Ze względu na liczne podtopienia (czy w Norwegii naprawdę non stop pada?!), aby uniknąć przemoczenia butów byłem zmuszony lawirować między kolejnymi podmokłymi torfowiskami, szukać przesmyków i obejść błotnistych terenów, niekiedy opierając cały ciężar ciała z plecakiem na wątłych drzewach. Kiedy już myślałem, że uda mi się dojść do Bratteli suchą stopą, wpadłem w pułapkę i lewy but zapadł mi się po kostkę w grząskim błocie. A tak się starałem od rana! 🙂 

Wreszcie wyszedłem na dobre z lasu w bardziej eksponowany teren. Zdobywałem wysokość wspinając się po gołych skałach; widok na Lysefjord był coraz bardziej imponujący. Pojawiły się ubezpieczające łańcuchy – bardzo dobrze, nie chciałbym spaść z tej nieuczęszczanej trasy w bliżej nieokreśloną otchłań. Kto wie, czy kiedykolwiek ktoś by mnie znalazł na tym pustkowiu 😉

Końcowy odcinek dzisiejszej marszruty to ostre zejście lasem wzdłuż potoku do Bratteli. Sama miejscowość, a właściwie osada, składa się z kilku domów, zamieszkałych prawdopodobnie sezonowo. Dojazdu samochodem nie ma, jedyna możliwość dostania się tutaj to dopłynięcie promem na prowizoryczną przystań i drałowanie kilkanaście minut po stopniach skalnych pod górę. Uwielbiam takie odcięte od świata miejsca. Mimo potwornego zmęczenia i przemoczonych ciuchów, wyciągnąłem wilgotny aparat i cyknąłem ostatnie, wieczorne zdjęcia. 

Choć po szlaku nie kręci się wielu turystów, jest dość dobrze oznaczony. Na całym odcinku, który przeszedłem, zgubiłem się tylko raz. 

Robi się coraz bardziej widokowo 🙂


Zdobywam wysokość – w dole Lysefjord. 

Tak, tak, właśnie tędy prowadzi szlak. Trzeba uważać szczególnie z ciężkim „garbem” na plecach – skały były dość śliskie.

Warto się pomęczyć i wdrapać wysoko 🙂


Pierwsze (i ostatnie na dzisiaj) zabudowania Bratteli.

Przystań promowa w Bratteli. Wybaczcie jakość, ale na tym etapie nawet obiektyw mi zawilgotniał 😉

Widok z namiotu w Bratteli. Aż chce się wstawać, prawda? 😉

 


Uciekający prom i kolejne kilometry w nogach

Prom z Bratteli do Lysebotn odpływał planowo o 6:30. Ze złożonym namiotem i całym dobytkiem na plecach, gotowy do drogi i żądny nowych przygód, z niemałym zdziwieniem obserwuję jak mój transport… przepływa drugą stroną fiordu kompletnie olewając przystań, na której czekam! Okazało się, że pasażerowie na większości przystani w ciągu fiordu muszą zgłaszać chęć wejścia na pokład telefonicznie, inaczej prom nawet nie podpływa. No pięknie! W sumie na rozkładzie jazdy jest taka informacja, a ja ją zbagatelizowałem.. mam więc teraz za swoje. Następny kurs za 8 godzin. Zadzwoniłem na infolinię, a miły Pan doradził mi, abym podszedł do Songesand (ok. 5 kilometrów) i tam poczekał na prom. Co miałem zrobić, nie będę przecież kwitł na tym kawałku betonu tyle czasu…

W drodze do Songesand mijałem kolejne zabudowania Bratteli (całe dwa domy) oraz gospodarstwo w Bakken. Spotkałem nawet mieszkańców, którzy zaproponowali kawę przy stoliku z fenomenalnym widokiem na fiord. Minąłem także dwójkę turystów zmierzających w kierunku Preikestolen. Pogoda się poprawiła, wyszło słońce, deszczowe chmury zostawiłem daleko w tyle. Czego chcieć więcej! 

Natomiast tuż przed Bakken trafiłem na przeszkodę nie do pokonania… suchą stopą 😉 Podłużne deski, ułożone w poprzek podmokłego trzęsawiska, pierwotnie miały chronić przed zamoczeniem. Niestety już przed wejściem na nie znajdowały się pod wodą. Pod moim ciężarem zapadłem się ponownie po kostki, a buty nabrały tyle wody, ile tylko było możliwe. Nad potokiem pozbyłem się jej nadmiaru ze skarpetek i ruszyłem dalej, bo zdążyły mnie już obsiąść meszki.


Wspaniały dom…

… z takim widokiem.

Momentami aż głowa bolała od myślenia, jak ominąć kolejne bagienka 😉


W tym miejscu pożegnałem się z marzeniami o suchych butach.

Bakken. Choć gospodarstwo wyglądało na całoroczne, nie spotkałem tu nikogo.

Między Bakken a Songesand szlak prowadzi przez głazowisko nad samym fiordem. Bardzo widokowy, choć męczący odcinek.

 


Songesand – triumf na finiszu

Wykończony, ubłocony i upodlony, dotarłem do Songesand. A tam – asfaltowa droga, campery i grzejący się w słońcu przed nimi ludzie! I co najważniejsze… sanitariaty z bieżącą wodą! Do promu miałem jeszcze trzy godziny, wykorzystałem więc ten czas na doprowadzenie się do porządku i wysuszenie ubrań. Chwilę później, z pełnym po obiedzie brzuchem, leżałem na przyportowej ławeczce i chłonąłem życiodajne promienie słońca, mając za plecami nieprzyzwoicie piękny fiord. Mimo kryzysu po drodze, doszedłem. 

Przystań w Songesand. Wielkie suszenie całego dobytku! 🙂

… i zupka chińska. Mała rzecz, a cieszy 🙂



Już płynie. Na promie, poza sporą gromadką turystów i backpackerów jest sporo produktów spożywczych i towarów przemysłowych – większość miejsc, do których dopływa prom, nie ma drogowego połączenia.

 

Informacje praktyczne:

  • Podczas swojej wyprawy szedłem fragmentem szlaku na odcinku Preikestolen – Bratteli – Bakken – Songesand (15 kilometrów). Docelowo szlak prowadzi aż do Lysebotn.
  • Na odcinku, którym szedłem, nie ma praktycznie żadnej infrastruktury turystycznej – licz się z tym, że jesteś zdany wyłącznie na siebie. Należy zaopatrzyć się w zapas jedzenia i wody, choć po drodze nie ma problemu z jej nabraniem z górskiego strumyka.
  • Na całej długości szlaku nie ma najmniejszego problemu z rozbiciem namiotu – można to uczynić na skałach, w lesie… wszędzie, jak to w Norwegii 🙂
  • Problemy z zasięgiem sieci komórkowych to norma – ja miałem go tylko w tych eksponowanych miejscach, gdy znajdowałem się wysoko na skałach
  • W Bratteli, Bakken i Songesand znajdują się przystanie promowe – jednak chęć skorzystania z transportu należy zgłosić telefonicznie, kilka godzin przed wypłynięciem promu z pierwszego portu. Promy pływają kilka razy dziennie, szczegółowy rozkład jest dostępny tutaj. Co ciekawe, raz dziennie do Lysefjordu można dopłynąć bezpośrednio ze Stavanger. Pozostałe rejsy rozpoczynają się z miejscowości Lauvik. 
  • Jeśli chcesz poczuć odosobnienie, wyciszyć się, pobyć sam na sam z naturą… ten szlak jest właśnie dla Ciebie! 🙂

 

 


Zobacz także:

Porto – spacer labiryntem wąskich uliczek
Nocowanie w namiocie na dziko – 5 rzeczy, które musisz wiedzieć
Wyspy Kanaryjskie autostopem

8 przemyśleń nt. „Szlakiem w kierunku Bratteli i Songesand. Dzika ścieżka z dala od turystów

      • Dzięki 🙂 To ważne bo planując wyjazd warto wiedzieć jakie mogą być koszty. I tak np. jeden przejazd promem ~28zł a nie przysłowiowe 3,50 jak u nas.

        • Akurat ceny promów w Norwegii są porównywalne do tych w Polsce 🙂 Weź pod uwagę, że płyniesz nim ponad pół godziny i pokonujesz dystans kilku kilometrów, a nie przepływasz tylko na drugą stronę rzeki. Statek np. z Fromborka do Krynicy Morskiej to podobny koszt 🙂

  1. Hej, ponoć z ciebie podróżnik, a wziąłeś ze sobą bawełniane dżinsy. Czyli zaproszenie, aby się przeziębić, albo wręcz dostać hipotermii.
    Proponuje poczytać kilka książek o survivalu, aby zapobiegać np. Sztuczki survivalowe wyd. Pascal (żółta okładka).
    Serio to jest porada od serca, a nie ze złośliwości. Poza tym, dzięki za opis , super wyprawa i pozdrawiam.

    • Ok, chętnie zajrzę do tej książki 🙂 Jeansy miałem tylko na początkowym etapie wycieczki, kiedy mżyło a nie padało. Miałem ze sobą też spodnie przeciwdeszczowe.

Dodaj komentarz