Kilka rzeczy, których nauczyła mnie pierwsza samotna wyprawa

Choć podróżuję po świecie już od paru ładnych lat i z każdym rokiem zapuszczam się coraz dalej i dalej, nadal bardzo wiele się uczę. Samotna wyprawa z krwi i kości – dopiero w te wakacje się na taką wybrałem. Największy niepokój był związany z brakiem towarzystwa… z brakiem osoby, z którą możemy wspólnie dzielić chwile słabości i radości. Czy było się czego obawiać? Doświadczając nieoczekiwanych przygód, stawiając czoła trudnościom, chłonąc wszystkimi zmysłami każdą chwilę sam na sam, wróciłem ubogacony i bardziej świadomy siebie. Okazało się, że nie warto się bać siebie samego!

Samotna wyprawa w nieznane – czy warto się odważyć na taki krok?

Po powrocie z każdego wyjazdu, gdy opadną już emocje, nastaje czas refleksji i chłodniejszej analizy. Podsumowanie – czy udało się zrealizować wszystkie założone cele? Czy w wyprawie nie było zbyt mało spontanu, a tym samym ekspresyjna radość z nieoczekiwanych sytuacji nie została zniszczona przez sztywny plan, wykonany przez nas samych? I wreszcie – jak nasi towarzysze odebrali wyjazd? Czy wspólnie mieliśmy podobne wrażenia – a może gdzieś zazgrzytało, może różnice zdań były zbyt duże, aby ponownie wyruszyć na wyprawę razem. Hmm… może po tej wyprawowej próbie nie będziemy już chcieli mieć ze sobą do czynienia? Miewałem takie przypadki. 

Choć wprawdzie wyjazd na surwiwalowy trip musi rodzić różnice zdań i choćby najmniejsze konflikty, sztuką jest nauczyć się je rozwiązywać i wyciągać wnioski. W osobistym odczuciu, rezygnując ze stuprocentowego „ja” na wyjeździe tracimy częściowo autonomię, ale zyskujemy coś więcej. Towarzysz, z którym dzielimy wzloty i upadki każdego dnia. Chwile słabości, w których mamy od kogo otrzymać wsparcie. Momenty, w których sami musimy się wykazać, aby to wsparcie drugiej osobie dać. Niepowtarzalny urok miejsc, dla których przemierzyliśmy taki szmat drogi – teraz możemy się wymienić wrażeniami z towarzyszem stojącym obok. Na gorąco, bezpośrednio. Nie przez telefon, i nie miesiąc po powrocie na pokazie slajdów. 

 

Zastępczy wyjazd do Norwegii i narastające w związku z nim obawy

Samotny wyjazd do Norwegii to taki trochę plan B. W ostatniej chwili musiałem zweryfikować swoje wyjazdowe plany – postawiony pod ścianą, postanowiłem iść za ciosem i zdecydować się na pierwszy wyjazd w pojedynkę. Gdy nacisnąłem lewy klawisz myszy, potwierdzający zakup biletów, naszły mnie obawy. Panika? Nie, tylko obawy… jednak z dnia na dzień coraz większe. Jak sobie poradzę, nie mogąc liczyć na nikogo obok? Czy wytrzymam te kilka dni, nie prowadząc rozmów z nikim po polsku? Te wieczory przed namiotem, które od zawsze kojarzą mi się z rytualnym wręcz podsumowaniem pełnego wrażeń dnia. Czy… nie zwariuję sam ze sobą? Jeśli jesteś osobą towarzyską, doskonale wiesz, co mam na myśli i choć w pewnym stopniu rozumiesz moje obawy.

Aczkolwiek nie chcę się użalać w tym poście, jak mi ciężko było na samotnym wyjeździe. Wręcz odwrotnie! W końcu przecież zabukowałem bilety – zew przygody i upodlenia się na górskim szlaku okazał się o wiele silniejszy niż wielkooki strach przed bliżej nieokreślonymi elementami. Nie spodziewałem się, że sytuacja się potoczy aż tak szczęśliwie i z samotnej tułaczki wrócę z szerokim uśmiechem na ustach, bogatszy o cenne doświadczenia 🙂

Jeden z noclegów w Norwegii – przy pieszym szlaku na Kjerag


Ten przeklęty angielski…

Chociaż w Norwegii językiem urzędowym jest norweski, niemal każdy obywatel mówi po angielsku. Stary czy młody, gruby czy chudy – kogo bym nie zapytał o drogę, z kim bym nie rozmawiał, posługiwał się językiem Szekspira na przynajmniej komunikatywnym poziomie. 

Od kilku lat staram się nadrabiać potworne zaległości w swoim angielskim, które nawarstwiały się po zakończeniu nauki w liceum. Prywatne lekcje odkurzyły nieco moje zdolności, jednak nadal brakuje mi pewności siebie w prowadzeniu luźnej rozmowy. Zacinam się szukając konkretnego słowa, zastanawiając się jakiego użyć czasu i widząc, że rozmówca mówi zdecydowanie lepiej niż ja.

Po autostopowych doświadczeniach w Norwegii już wiem, że bariery tkwiły tylko w mojej głowie. Za każdym razem gdy złapałem transport, będąc wdzięcznym kierowcy za podwózkę, czułem się zobowiązany do prowadzenia i podtrzymywania rozmowy. Gdzieś tam zależało mi także na tym, aby pozostawić dobre wrażenie po sobie wiedząc, że do Norwegii przyjeżdża sporo Polaków także do pracy. Po kilku minutach rozmowy moja wymuszona poprawność gramatyczna gdzieś się ulatniała. Zaczynałem budować zdania bardziej płynnie. Szczególnie miło wspominam powrót ze szlaku na Kjerag do Stavanger. Złapałem tam stopa na około 150 kilometrów – kierowca mniej więcej w moim wieku. Przez dwie godziny rozmawialiśmy niemal cały czas o naszych pracach, samochodach, różnicach między językiem polskim a norweskim… 

Oczywiście nie zachęcam Cię, Drogi Czytelniku, do mówienia po angielsku „byle jak”. Sam odnośnie poprawności językowej mam sobie wiele do zarzucenia. Chcę jednak na podstawie własnego doświadczenia udowodnić, że podobne sytuacje ułatwiają przełamanie niepewności i wstydu – lepiej przecież mówić niepoprawnie, a zrozumiale, niż wcale się nie odezwać. Pamiętajmy, że gestykulacja, mimika twarzy i emocje w kontakcie bezpośrednim to ponad połowa sukcesu dogadania się. Uwierzmy więc w siebie, próbujmy! Co nam szkodzi?

 

Samotna wyprawa sprzyja otwartości na ludzi

Podróżując w pojedynkę jesteśmy bardziej otwarci na ludzi wokół siebie. Nie zastanawiając się nad tym, zaobserwowałem, że większą uwagę zwracam na mijanych ludzi na szlaku – obserwuję jak się zachowują, co robią, o czym rozmawiają (tak, podsłuchiwałem!). Całą uwagę, którą zwykle poświęcałem towarzystwu, z którym podróżowałem, teraz przeniosłem na innych i siebie.

Podobnie, po kilku godzinach samotnego marszu, po prostu byłem spragniony rozmowy i chętnie ją nawiązywałem! Gdy schodząc ze szlaku spotkałem również podróżującego samotnie Japończyka, postanowiliśmy kawałek drogi przejść wspólnie. Przez zaledwie 1,5 kilometra dowiedziałem się wielu ciekawostek o jego kraju, sam opowiedziałem co nieco o Polsce. Wymieniliśmy się facebookiem i do dziś mamy kontakt. Podróżując w grupie jesteśmy zazwyczaj bardziej zorientowani na swoje towarzystwo i niekoniecznie tak łatwo nawiązujemy kontakty z „obcymi”. A może się mylę? Jakie Wy macie doświadczenia w tej kwestii?

 

A co zrobić, gdy nadejdzie kryzys?

Moja pierwsza samotna wyprawa była krótka, jednak musiał w końcu nadejść. Moment, w którym nic się nie chce. Zastanawiasz się, po co się tak męczysz, co właściwie tutaj robisz. A w ogóle najchętniej rzuciłbyś ten ciężki plecak w pierwszą lepszą przepaść i sobie poszedł 🙂 Mnie dopadło podczas drugiego dnia samotnego przemierzania szlaku do Bratteli. Cały poprzedni dzień marszu w siąpiącym deszczu, prom, który nie zatrzymawszy się na przystani zmusił mnie do kolejnych kilku kilometrów drogi, wreszcie przemoczenie butów i gryzące meszki nie dające odpocząć… no każdy by się załamał, nie mam racji? 😉 Fatalne położenie połączone z dodatkowym brakiem pozytywnych rokowań na bliższą przyszłość doprowadziło do chwilowej niemocy. 

Metod radzenia sobie z wyprawowym kryzysem jest multum, nie będę się w tym punkcie rozwodził. To zależy od człowieka, danej sytuacji i rozmiaru kryzysu. Oczywiście również od widoków na przyszłość 🙂 Moje były nie najgorsze – nie spodziewałem się, że po tym wszystkim już kilka godzin później będę się wygrzewał w słońcu na przystani czekając na prom, turyści poratują mnie zupką chińską, a wszystkie ciuchy wyschną. W przezwyciężeniu zdołowania notabene pomógł mi fakt, że byłem sam. Nie mogłem sobie pozwolić na „luksus” pomarudzenia drugiej osobie, bo jej po prostu nie było! A ja czasami lubię sobie tak niekonstruktywnie ponarzekać 😉 Jedyne, co pozostało wówczas, to zagryźć zęby i ruszyć przed siebie. 

 

Skazany tylko na siebie

No.. tutaj dałbym sobie co najwyżej trójkę z plusem. Wyjazd zaplanowałem w taki sposób, aby praktycznie cały czas coś robić. Nie była to co prawda szaleńcza pogoń od atrakcji do atrakcji, jednak zwykle cały dzień miałem wypełniony. Większość czasu spędzałem na pieszym przemieszczaniu się robiąc dziennie po kilkanaście kilometrów. Nie spieszyłem się w tym – miałem chwilę na poczytanie książki, kontemplację otaczającego mnie krajobrazu z kubkiem herbaty, porobienie zdjęć i filmów. Natomiast wieczorne zmęczenie podczas siedzenia w namiocie nie sprzyjało nadto nadmiernemu rozmyślaniu i utyskiwaniu, jak to mi źle, że jestem tu sam 😉

Tym niemniej i ten czas samotności starałem się w jakiś sposób wypełniać. Korzystając z bezpłatnych połączeń obdzwaniałem znajomych w Polsce, niekiedy prowadząc dość długie rozmowy. Nie zawsze pozwalałem sobie na moment wyciszenia i beztroskiego błądzenia myśli – może bałem się, że wrócę nimi do spraw i problemów zostawionych w Polsce, zamiast skupić się na tym, co tu i teraz?

Samotna wyprawa powinna dać energię i dystans. Ten czas jest często okazją na poukładanie pewnych swoich spraw i spojrzenie na nie z innej perspektywy. Mnie się chyba nie do końca to udało. Wydaje się, że pewne rozdziały, które powinienem zamknąć, „zawiesiłem” na czas wyprawy, aby podświadomie, z pełną mocą do nich wrócić po powrocie. Nie bierzcie ze mnie przykładu 😉


Bądź zadaniowy i nie wybiegaj zanadto w przyszłość

Jeżeli planujemy autostopowo – pieszą tułaczkę po jakimś miejscu – nie zaznaczajmy zbyt wielu punktów na naszej mapie. Zbyt ambitny plan niesie za sobą wyśrubowany okres czasu, a pamiętajmy, że wiele nie zależy kompletnie od nas. Na stopa możemy czekać 5 minut, albo 2 godziny – bierzmy to pod uwagę. Zachłanne założenie objeżdżenia wszystkich atrakcji w krótkim czasie może powodować niepotrzebne napięcie i stres, gdy coś nie wypali, gdy jeden element naszej skrupulatnej układanki się posypie. 

Przy krótkich wyjazdach należy mieć zgrubsza plan, aby nie przesadzić w drugą stronę – powrotny samolot na nas nie zaczeka. Jednak nie spinajmy się – to są wakacje, przyjechaliśmy tu odpocząć, nabrać energii, podziwiać widoki, poznać ludzi. Nie zabijajmy spontaniczności sztywnym planem.

Skupmy się na najbliższych celach – co mamy zrobić dzisiaj, róbmy dzisiaj. O trudnościach, które czekają nas jutro, myślmy dopiero jutro. Powoli, po kolei realizujmy swoje założone cele. Tak będzie łatwiej, niż branie na barki całego ciężaru wyprawy naraz i zastanawianie się, czy za trzy dni złapiemy powrotnego stopa na lotnisko. Pamiętajmy, że wszędzie wokół nas są ludzie, którzy chętnie pomogą. Choć podróżujemy samotnie, nie jesteśmy sami!

Zwykle gdy wracam z wyjazdu, tuż po starcie samolotu lub ruszeniu pociągu, nachodzą mnie refleksje związane z minioną podróżą. Wspominam niezwykłe miejsca, które odwiedziłem i spotkanych ludzi. Z dystansem spoglądam na wszystko, co mnie spotkało i próbuję wyciągnąć wnioski 🙂

 

A z podróży taki morał…

Z każdego wyjazdu przywozimy nie tylko setki zdjęć i wspomnień, ale także życiową naukę. Lekcje radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach, pokory wobec natury i ludzi, otwartości, życzliwości, spontaniczności. To wszystko może przynieść zaledwie kilkudniowy wyjazd. Samotna wyprawa tym bardziej wzmacnia wyrazistość nabytych doświadczeń, co sprawia, że następnym razem będzie łatwiej. Choć nie zawsze wszystko wyjdzie według naszego założenia, nie traktujmy tego, jako porażka. Nie wartościujmy – doceńmy przede wszystkim fakt, że udało się wrócić w jednym kawałku, a z napotkanych przygód i doświadczeń wyciśnijmy w codziennym życiu ile się tylko da. Bo w życiu wszystko jest po coś.  Naładowaliśmy baterie – podróżując w samotności staliśmy się mocniejsi – tego należy się trzymać!


Zobacz także:

Podróż na własną rękę – jak zmniejszyć wydatki
Podróżowanie z sensem – naucz się otwartości na świat!
Co zabrać ze sobą na wyprawę rowerową?

4 przemyślenia nt. „Kilka rzeczy, których nauczyła mnie pierwsza samotna wyprawa

  1. Kolego w wielu sprawach myślę podobnie!!

    Od wielu lat swoje wielkie, ekstremalne wyprawy realizuję sam. Robię to z premedytacją z wielu powodów:
    1. nikt nie narzuca mi tempa i trybu podróży
    2. jestem otwarty na ludzi i świat jaki poznaję
    3. daje mi to niesamowicie dużo energii życiowej
    4. staję się dzięki temu lepszym człowiekiem
    5. mam czas i możliwość niesienia siebie innym
    6. jest czas na refleksję, pisanie reportaży, ilustrowanie swoimi zdjęciami
    Te wszystkie rzeczy sprawiają, że buduję swoją wartość dla siebie i otoczenia.
    Czego i Tobie życzę

    • Krzysztofie, dziękuję Ci bardzo za wartościowy komentarz! Doskonale podsumowałeś plusy, jakie niesie za sobą wyjazd w pojedynkę. Pozdrawiam i również życzę wszystkiego dobrego 🙂

  2. Też ostatnio zaliczyłam swój dłuższy, samotny wypad. Spędziłam 2 tygodnie w Chorwacji, która może nie brzmi zbyt ekstremalnie i wymagająco, ale ten wyjazd też mnie sporo nauczył. Przede wszystkim odkryłam, że gdy podróżuję bez mojego męża to wyostrza mi się zmysł orientacji w terenie (gdy jestem z nim to notorycznie wybieram złe drogi i się przez to gubimy, no chyba, że małżonek odpowiednio wcześniej skoryguje moje błędne myślenie). Do tego podróżowałam zupełnie inaczej, niż gdy jeździmy we dwójkę. Było to ciekawe doświadczenie i chętnie bym je jeszcze powtórzyła. I zgadzam się z tą zadaniowością – mnie się w pewnym momencie posypały plany noclegowe (miałam nocować przez CouchSurfing, ale musiałam z niego zrezygnować) i na szybko musiałam zmieniać plany oraz ogarniać nowy nocleg. To mnie nauczyło, by planować na krótko do przodu.

    • Dziękuję Ci za podzielenie się swoimi doświadczeniami. No właśnie – możemy podróżować wiele lat w grupie, a z perspektywy samotnej wyprawy spojrzeć na pewne typowe podróżnicze aspekty z zupełnie odmiennej perspektywy. I to się ceni! Przy okazji – ciekawy blog 🙂

Dodaj komentarz