Opuszczone bazy wojskowe i wyludnione wsie, czyli Łotwa na rowerze

Rowerem jesteśmy w stanie odwiedzić miejsca, które samochodem tylko mijamy, nie zdając sobie nawet sprawy o ich istnieniu. Zachwycić się przyrodą, porozmawiać z ludźmi, wejść do środka opuszczonego domu, rozbić namiot na terenie poradzieckiej bazy wojskowej. Czy Łotwa na rowerze może być ciekawa poza Rygą? Jak wygląda naprawdę jedna z poradzieckich republik nadbałtyckich, należąca od 2004 roku do Unii Europejskiej?

Łotwa na rowerze – czy to w ogóle dobry pomysł?

Nie każda wyprawa musi być tożsama z odwiedzaniem słynnych zabytków, podziwianiem zapierających dech krajobrazów czy przejazdem karkołomną, górską drogą. Czasem bardziej niż codzienna dawka potężnych wrażeń ważniejszy jest ogólny chillout i równowaga myśli. Jestem zresztą zdania, że podróżowanie przez każde miejsce na świecie może przynieść satysfakcję – większość zależy od tego, na co się nastawiamy i czego oczekujemy.

Taka może być również Łotwa! Dla większości z nas kojarzona jedynie z Rygą – niewielu turystów wyściubia nos poza stolicę. Łotwa często stanowi także przystanek w drodze do Estonii lub dalej, do Helsinek czy Petersburga. Czy ma do zaoferowania coś interesującego poza stolicą? Co kryje się w zapomnianych miejscowościach rozsianych wzdłuż szutrowych dróg po środku kraju?

Któregoś lata, wraz z Michałem, postanowiliśmy to sprawdzić na własnej skórze. W trakcie tygodniowej wycieczki rowerowej założyliśmy sobie przejazd przez sam środek kraju, od Rygi aż po Dyneburg i dalej już na południe w stronę Litwy. Główny cel – wyciszenie, bliskość natury, odnalezienie miejsc zapomnianych przez Boga i władze państwowe.

Oto nasza trasa przez Łotwę:

Wiecie, że gęstość zaludnienia na Łotwie wynosi zaledwie 35 osób na km²? To ponad 3 razy mniej niż w Polsce! Faktycznie gdy odjechaliśmy trochę od Rygi, na drogach zrobiło się nader spokojnie, a dystanse między miejscowościami stawały się coraz większe. Choć samej stolicy nie zwiedzaliśmy skrupulatnie (raczej zawitaliśmy jedynie na stare miasto, a potem kierowaliśmy się już do wyjazdu z miasta), wywarła na nas spokojne, wręcz senne wrażenie. Poza zabytkową częścią miasta kręci się mało turystów. Już kawałek za centrum pierzeje wiekowych kamieniczek ustępują miejsca drewnianym, piętrowym domom – to charakterystyczna zabudowa łotewska. Udając się w kierunku wybrzeża odwiedzamy jeszcze niedokończony budynek szpitala w dzielnicy Jugla, mając nadzieję na ciekawy widok z jego dachu. 

  Pałac Akademii Nauk w Rydze – bliźniaczy budynek do warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki.

Niedokończony budynek szpitala.

Widok na osiedla mieszkalne, niestety do centrum stąd za daleko, aby można było dostrzec jego panoramę. 

 

Nocleg pod czujnym okiem Marksa i Lenina

Pierwszy nocleg odnajdujemy w nieczynnej, poradzieckiej bazie wojskowej, ukrytej pośrodku lasu. To jedno z tych miejsc, gdzie za czasów istnienia Sajuza zapewne przestawały działać radary 😉 Spokojna droga przez las – nagle ni stąd, ni zowąd, przed nami wyrasta betonowy mur ozdobiony wyrytymi podobiznami przodowników pracy, komunistycznymi hasłami i radziecką gwiazdą. Na szczęście bramę już ktoś wcześnie sforsował 🙂 W środku pozostały tylko ruiny budynków.

Naszą uwagę przykuły długie hangary sugerujące, że mogła to być baza lotnicza. Pasa startowego jednak nie znaleźliśmy. W środku za to walało się pełno części samochodowych, były też nadpalone elementy nadwozia. Najwidoczniej miejscowi wykorzystują to miejsce jako składowisko śmieci tudzież załatwiają tu ciemne interesy 😉 Namiot rozbijamy w jednym z pustostanów, dającym ochronę przed porannym deszczem. 

W kierunku poradzieckiej tajemnicy.



Obecnie betonowa ściana służy jako część ogrodzenia zabudowy gospodarczej w miejscowości.

Tych Panów chyba poznajecie?

Nie odważyliśmy się spać wewnątrz tych ciemnych hangarów.



„Jeszcze Polska nie zginęła!”

Odbijamy od wybrzeża, kierując się od teraz tylko na wschód. Jedna z głównych dróg (P4), ku naszemu zdziwieniu na kilkanaście kilometrów staje się szutrowa. Nam się jednak nigdzie nie spieszy, bez większego ciśnienia toczymy się konsekwentnie po pagórkowatym terenie, z rzadka mijają nas jakieś samochody. Im dalej od Rygi, tym bardziej mijane wioski ubożeją. Wzrasta też odsetek opuszczonych domów – czyżby wszyscy wyjechali szukać swojego szczęścia w stolicy? Podczas jednego z dłuższych postojów na przygotowanie obiadu na kuchence, podjeżdża do nas stare audi. Starszy facet, widząc flagę na moim rowerze, głośno skanduje: „Jeszcze Polsza nie zginela!” i gestem przywołuje mnie do samochodu. Zaczyna coś gadać po łotewsku, a we mnie uderza odór alkoholu. Pod siedzeniem leży kilka butelek, a facet wygląda na mocno wciętego. Podejrzewam, że gdyby chciał do nas wyjść, to zaplątałby się we własne nogi… Nie wiem, czy nie powinienem zabrać mu kluczyków, co z drugiej strony pewnie skończyłoby się niezłą awanturą. 

 Zaporożec ukryty wśród krzaków 🙂

Zaczyna padać… czas na obiad!

 

Opuszczone domostwa i Łada w zaroślach

Jadąc w kierunku Ergli dostrzegamy, że od dawna nie przejeżdżaliśmy obok zamieszkałego gospodarstwa. Luźno rozsiane, drewniane domostwa przy drodze, niemal w 100% były niezamieszkałe! Pozarastane wjazdy, zardzewiałe bramy, zbutwiałe, częściowo zawalone dachy. Michał nalega, aby wchodzić do środka takich domów. Część z nich jest w stanie zaawansowanego rozkładu – w środku poza większymi, rozwalonymi meblami nie zostało już nic. A niektóre wyglądają tak, jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę. W izbie stoi łóżko i zdjęcia rodzinne, w kuchni ułożona kupka talerzy, sztućce i lekko obdrapane szafki nad zlewem. Tylko całość jest przykurzona i w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach stęchlizny. Wzdłuż drogi mijamy też rolnicze zakłady, pozostałości dawnych kołchozów. Obok budynków niekiedy stoją jeszcze rolnicze maszyny, ciężarówki, zdezelowane wraki aut osobowych. Dlaczego nikt tego nie zabrał i nie oddał choćby na złom?

 


Podobne bloki pojawiały się praktycznie w każdej miejscowości. Niektóre nawet nie zdążyły być zamieszkane…

Nocleg obok opuszczonej fabryki.

Wewnątrz niewiele się ostało.


Wnętrze jednego z opuszczonych domów.

A to już inny nocleg, koło kolejnej, niezamieszkałej chatki 🙂

Może wychylimy wspólnie po kieliszeczku?

Droga między Ergli a miasteczkiem Madona wyciska z nas siódme poty. Jest natomiast bardzo atrakcyjna widokowo. Szutrowy trakt malowniczo wije się między kolejnymi pagórkami, wokół nas tylko dziewicza przyroda. Uciekamy przed pędzącymi za nami burzowymi chmurami. Mamy ponadto okazję zdobyć najwyższy szczyt Łotwy! Gaizinkalns ma 312 m.n.p.m. i można się domyśleć, że nie roztacza się z niego widok niczym z Rysów 😉 Mieliśmy jednak po drodze, więc można było zboczyć te kilka kilometrów. Na górze, poza informacyjną tabliczką i końcem zimowego wyciągu krzesełkowego nie było nic. 

W Madonie tradycyjnie przeczekujemy ulewę. Na szczęście pod dachem. Tradycyjnie też wykorzystujemy okazję na przygotowanie obiadu – dzisiaj będzie na bogato, wszelkie brakujące składniki mogliśmy dokupić w sporym sklepie, znajdującym się po drugiej stronie ulicy. Zagaduje nas lokalna młodzież – standardowe pytania co tutaj robimy, dlaczego na rowerze, jaki jest nasz cel. Całkiem sprawnie gadamy z nimi po rosyjsku. Chłopak nagle tajemniczo się uśmiecha i o coś pyta, jednak tym razem po łotewsku. Nie możemy się porozumieć – na to on odchyla kurtkę, a tam… nie, nie pistolet. Tylko 0,5 😉 A pytał się nas o stakancziki (kieliszki), bo nie ma w co rozlać, a chciałby się napić z turystami, którzy zawitali do jego miasta. Normalnie poczułem się jak na Ukrainie! A kieliszki mieliśmy 🙂

 

Trasa w kierunku Madony była bardzo malownicza.

Choć burza siedziała nam na ogonie…




Park Narodowy Raznas i krzywy kościółek

Za Rzeżycą (Rezekne) wjeżdżamy do parku narodowego Raznas. Klimatyczne, pagórkowate tereny, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić, stają się jeszcze bardziej malownicze. Zapomniane miejscowości, położone przy gruntowych drogach, są tu jeszcze skromniejsze. Powyginane, drewniane chałupy, zdają się trzymać na słowo honoru. Do tego rozległe jezioro Raznas, wzdłuż którego jedziemy kilkanaście kilometrów. Niestety temperatura powietrza nie zachęca do kąpieli – no i słońce, niby świeci, ale już za plecami czuć oddech kolejnej burzy 🙂 

Ostatni przystanek na łotewskim odcinku naszej wyprawy to Dyneburg (Daugavpils). Drugie co do wielkości miasto Łotwy średnio przypadło nam do gustu – a może tak bardzo przyzwyczailiśmy się do ciszy i spokoju, że nie mogliśmy się odnaleźć z powrotem w mieście? Szybko je opuściliśmy, kierując się na południe. Stąd już tylko kilkanaście kilometrów na Litwę, a kilkaset do Polski. 

 Kraslava. Urokliwe miasteczko położone nad Dźwiną.

Na terenie Parku Narodowego Raznas czas stanął w miejscu wiele lat temu. Krzywy kościółek jednak nadal jest otwarty dla wiernych.



Dyneburg. Mają tu nawet tramwaje! Jednym z nich udało mi się przejechać. Tu także nie brakuje drewnianej zabudowy i opuszczonych budynków. 

Wnętrze wiekowego wagonu RWZ-6 produkowanego w Rydze.

Przekraczamy granicę między Łotwą a Litwą. Oczywiście drogą szutrową, tak jak lubimy 🙂


Czy warto podróżować rowerem przez Łotwę?

Nie czarujmy się – podróżowanie po Łotwie nie dostarczy równie imponujących wrażeń jak wyprawa do Gruzji czy na Islandię – nawet takiemu rusofilowi jak ja 🙂 Tym niemniej można tu odnaleźć ciszę, pustkę i zapomnienie. W połączeniu z urokliwą przyrodą i poradziecką spuścizną, Łotwa stanowi dość atrakcyjną destynację dla amatorów rowerowych wypraw lub kręcenia się bez ściśle określonego celu od przysiółka do przysiółka. Niska gęstość zaludnienia i mnogość zbiorników wodnych sprawia, że Łotwa jest doskonałym krajem na biwakowanie nad jeziorem lub rzeką bez obaw, że będziemy komuś przeszkadzać (lub że ktoś przeszkodzi nam).

 

 

Zobacz także:

Lipniażka – opuszczone miasto na Ukrainie
Białoruś – blisko, a tak daleko
Park Grutas – współczesny skansen komunizmu

 

4 przemyślenia nt. „Opuszczone bazy wojskowe i wyludnione wsie, czyli Łotwa na rowerze

  1. Rowerem raczej nie pojedziemy, ale miejscówki zacne! Uwielbiamy takie miejsca i też staramy się, jeśli są na trasie, odwiedzić. Zapisałam sobie adresy na przyszłość.
    Na Litwie jest w ogóle Park pomników radzieckich – też robi wrażenie!

  2. Twój główny cel, jak napisałeś „wyciszenie, bliskość natury, odnalezienie miejsc zapomnianych przez Boga i władze państwowe” myślę, że można znaleźć nie tylko na Łotwie. Wydaje mi się, że taka bliskość natury jak na Łotwie, osiągalna jest (poza naszą piękną Polską) równieź na Litwie, Ukrainie, Białorusi i na południu, aż po Serbię i Bułgarię. Też gustuję w takich klimatach – Przygoda życia!

Dodaj komentarz

Close