Ładą przez Polesie ukraińskie w jesiennych barwach

Polesie rozciąga się od wschodnich rubieży Polski, aż po szeroki Dniepr na północ od Kijowa. To olbrzymi teren, którego znaczną część pokrywają bagna, torfowiska i bezkresne połacie lasów. Z rzadka rozmieszczone wsie wyglądają tak, jakby czas się w nich zatrzymał wiele lat temu. Nadal spora część z nich jest trudno dostępna, a w okresie wiosennych roztopów nawet odcięta od świata przez wzrastający poziom wód gruntowych. Na tej wycieczce zagłębiamy się w Polesie ukraińskie.

Szacki Park Narodowy i jezioro Świtaź

Korzystając z kilku dni wolnych, wraz z Pawłem zapakowaliśmy się w moją Ładę kombi i ruszyliśmy na Wołyń. Pierwsze dwa dni spędziliśmy właśnie na Polesiu – i o tym przeczytacie w poście 🙂 Nocleg zabukowaliśmy w miejscowości Świtaź, niedaleko jeziora o tej samej nazwie. Mieszkaliśmy w samym sercu Szackiego Parku Narodowego, który został utworzony w 1983 roku w celu ochrony naturalnych kompleksów jezior, których mnóstwo w okolicy. Plan zakładał spokojne kręcenie się po dalszych rubieżach Szackiego Parku, odwiedzenie zapomnianych wsi, położonych pomiędzy mokradłami, u stóp granicy z Białorusią. Już od dawna chciałem przyjechać w te okolice – wreszcie nadarzyła się okazja. Choć teraz wiem, że będzie trzeba tu wrócić latem i poczuć klimat biwakowania nad którymś z jezior – okolice są do tego stworzone. Poza Szackiem i Świtazią, w których według relacji miejscowych w sezonie kręci się sporo wczasowiczów, odwiedzone przez nas miejsca są pozbawione jakiegokolwiek zagospodarowania turystycznego. 


Świtaź jest drugim co do wielkości oraz najgłębszym jeziorem na Ukrainie (58,4 m).

 

Zagłębiamy się w to właściwe, nieturystyczne Polesie

Nasz pierwszy cel – miejscowość Koszary, położona nieopodal trójstyku granic Białorusi, Polski i Ukrainy. Do samego trójstyku dojechać się nie da, przynajmniej nie samochodem bez napędu na cztery koła. Już po kilku kilometrach asfalt zamienia się w wyboisty bruk, charakterystyczny dla tych regionów. W mijanym po drodze Zalesiu oraz samych Koszarach większość zabudowy stanowią drewniane domy z dachami krytymi eternitem. Bieda aż piszczy, choć jest kolorowo. Klimat jest dość podobny do naszej ściany wschodniej, w szczególności do Suwalszczyzny. Każdy stara się dbać o swoje małe królestwo – domy są pomalowane na żywe kolory, na posesjach gdzieniegdzie stoją znane również z polskich wsi opony przerobione na łabędzie, pomalowane białą farbą. 

W drodze do Koszarów – miejscowość Zalesie




Koszary. Nadgryziony zębem czasu znak wskazuje właściwą drogę na położoną w lesie Wilszankę, a nam na powitanie biegnie stróż porządku.

Przyprowadził kolegów 😉



Maleńkie jezioro Rytec ukryte w lesie.

Przez piachy i kałuże – byle do przodu!

Próbujemy się przedostać do Pulemieńca – gdzie słowo próbujemy jest kluczowe 😉 Droga jest mocno podmokła, przejeżdżając przez głębokie kałuże podnosi się poziom adrenaliny. Od dawna nie widzieliśmy samochodu ani człowieka, jeśli Łada utknie w którejś z głębszych kałuż, jednego z nas czeka długa droga do najbliższej wsi w poszukiwaniu Pana z traktorem. Ale jedziemy, bez ryzyka nie ma zabawy 🙂 Ostatni piaszczysty odcinek Łada pokonuje bez większych problemów. Dojeżdżamy do wioski. Stąd przez kilkanaście kilometrów mamy pod kołami w miarę wygodny asfalt.




Pierwsze zabudowania Pulemieca – ten domek wygląda na użytkowany tylko w okresie letnim.


Nieco już wyblakłe barwy narodowe.

Oto Luaz 969 – śmieszny pojazd produkowany w niedalekim Łucku. Mały, lekki i zwinny, z napędem 4×4 – idealny na poleskie bezdroża. Co ciekawe, te autka były eksportowane również do Polski pod nazwą „Wilk”.

Piszcza – ktoś poznaje motyw z bocznej ściany wiaty? 🙂

 

Następny cel to jezioro Pisoczne i położone wokół niego wioski. Przedzieramy się jakąś małą uczęszczaną drogą wzdłuż płotu bazy wypoczynkowej, wyjętej żywcem z czasów ZSRR. Tak, ten obiekt musiał powstać w tamtych czasach, z myślą o wypoczynku ludu pracującego na łonie pięknej, poleskiej natury. Strategiczne położenie z dala od zabudowy, już teraz rozpadające się, piętrowe domki typu „brda”, siatka z zasiekami, broniąca dostępu niczym do obiektu wojskowego. Udaje nam się dojechać do końca terenu ośrodka i odnaleźć dojście do jeziora. Choć jest już początek listopada, na drzewach pozostało sporo liści i możemy podziwiać późnojesienne barwy odbijające się w spokojnej tafli wody.

Jezioro Pisoczne.

Podtopiona łódka już w tym roku nigdzie nie popłynie…

Mozaikowe wiaty są charakterystyczne dla całej Ukrainy. Tutaj, z racji wypoczynkowego charakteru okolicy, przedstawiona jest cała rodzina podczas letniego urlopu nad jeziorem 🙂

Mały pieszczoch spotkany pod jednym ze sklepów po drodze 🙂

 

Przez Prypeć i kolejne jeziora

Drogą T0306 wyjeżdżamy z Szackiego Parku Narodowego i kierujemy się na Prypeć. Choć ta słynna Prypeć również leży na terenie Polesia, zostawiamy ją sobie na następny raz 😉 Oddalając się od Szacka, centrum regionu, czujemy, jakbyśmy oddalali się od cywilizacji. Gospodarstwa stają się coraz biedniejsze, zmniejsza się ilość samochodów na drogach, ustępując miejsca furmankom. Niestety dzień w listopadzie jest krótki, a nie mamy ochoty wałęsać się po dziurawych drogach po nocy. Zresztą i tak byłoby to bez sensu – nic byśmy nie zobaczyli. Z Krymna powoli wracamy do Szacka, najpierw wyboistym brukiem (co z tego, że to główna droga na Luboml), potem już podmokłymi gruntówkami. Dzień pełen wrażeń, tylko Ładzie się niekoniecznie podobało 🙂

Droga w kierunku Prypeci.

Nad jeziorem Lucemierz na chwilę wyszło słońce.

Wiłycia. Pomnik upamiętniający walki na tych terenach.


Miejscowość Prypeć bierze nazwę od rzeki, której bieg rozpoczyna się nieopodal. Przez ponad 700 kilometrów meandruje wzdłuż ukraińsko-białoruskiej granicy, by wreszcie wpłynąć do Dniepru, w okolicy zamkniętej zony Czarnobyla i tej bardziej znanej Prypeci. 






Krymno. Wojennych pomników pamięci jest tutaj sporo.

Jedna z głównych dróg w okolicy, łącząca Luboml i Krymno. Jakby nie patrzeć – dwupasmówka 😉

Legenda ukraińskich dróg – Zaporożec 968M. Zawsze z nostalgią wspominam czasy, w których powoziłem się takim po Warszawie. Ten niestety już od kilku lat wrasta w ziemię, jak się dowiedziałem od właścicieli.

 

Polesie ukraińskie – czy warto tu przyjechać?

Oczywiście, że tak! Polesie ukraińskie odwiedziłem drugi raz – kilka lat temu zapuściłem się z rowerem w okolice miasteczka Sarny. Choć Szacki Park Narodowy to dość popularny rejon wypoczynkowy dla Ukraińców, nadal stopień ingerencji w okolicę przez masową turystykę jest tutaj znikomy. Poza ciekawą architekturą, to przede wszystkim idealny region dla miłośników dzikiej przyrody, pragnących odpocząć od zgiełku miasta i nabrać oddechu nad jednym z licznych jezior. Rzekłbym, że najlepiej zwiedzać Polesie ukraińskie rowerem, jednak nie będę ukrywał – przemieszczanie się po tutejszych drogach na dłuższych dystansach wymaga sporego samozaparcia 🙂

 

 

Zobacz także:

 

Kazimierz Dolny – kraina lessowych wąwozów
Ukraińskie Zakarpacie na rowerze
Stara Łada w służbie taxi… motoryzacyjny skansen na Ukrainie

3 przemyślenia nt. „Ładą przez Polesie ukraińskie w jesiennych barwach

  1. Zawsze chciałem wybrać się w te rejony, ale jakoś brak mi odwagi – stan dróg, nieznajomość języka, dziwne historie zasłyszane o tamtejszej policji, robią swoje.

    • Spora część to stereotypy. Stan dróg faktycznie nie jest najlepszy, jednak jak sam widzisz – moje auto dało jakoś radę. Jeśli chodzi o Milicję (A w zasadzie już teraz Policję ) – byłem na Ukrainie kilkanaście razy a łapówkę placilem tylko raz.

Dodaj komentarz

Close