Reportaż z Łucka: 35 lat za kółkiem trolejbusu

– Kiedyś trolejbusami jeździło tyle ludzi, że nie mogłem na przystankach drzwi zamknąć! – śmieje się pan Anatolij, kierowca trolejbusu w ukraińskim Łucku. Z nostalgią wspomina czasy prosperity tego środka transportu w swoim mieście. – Pamiętam jeszcze te sprzęty, jak przychodziły do nas z zakładów w Engelsie. Teraz niektóre ledwo zipią, szkoda na to patrzeć… – faktycznie, poruszamy się po szerokim prospekcie z zawrotną prędkością 20 km/h, a pustawy trolejbus mijają lewą stroną pędzące samochody i marszrutki wypełnione pasażerami. – Wiesz, w tej pracy robię już 35 lat, przyjmowałem się jak byłem mniej więcej w Twoim wieku. Ale, kurczę, lubię ta robotę!

Wożę pasażerów trolejbusem już 35 lat

Kto jak kto, ale pan Anatolij to kopalnia wiedzy na temat transportu zbiorowego w Łucku oraz przemian, jakie w nim zachodziły na przestrzeni dekad. Zaraz po odbyciu obligatoryjnej służby wojskowej znalazł pracę w Łuckim Przedsiębiorstwie Elektrotransportu. Nie chciał siedzieć za biurkiem, wolał się przemieszczać i wozić pasażerów. W tamtych czasach leciwy staruszek, którym aktualnie podróżujemy, pachniał jeszcze nowością. Obecnie archaiczne wnętrze przenosi nas co najmniej 30 lat wstecz, a o cywilizacyjnym postępie przypomina jedynie ledowy ekran z przodu pojazdu, wyświetlający reklamy.

– Po kilku latach jeżdżenia miałem krótką przerwę, zatrudniono mnie w naszych zakładach motoryzacyjnych. Pracowałem w mieszalni lakierów samochodowych. Znacie „Wołyniankę”? Już teraz mało ich jeździ… Mój szwagier mieszkający na wsi miał takie auto, w terenie było nie do pobicia! – wspomina nasz kierowca. Tak, znamy Luaza 969, choć nazwę „Wołynianka” słyszę pierwszy raz. Tą śmieszną terenówkę z hałaśliwym silnikiem od Zaporożca nadal można spotkać poza miastem, szczególnie na Wołyniu. W Łucku organizowane są nawet wycieczki tymi pojazdami po mieście – ulotkę reklamową znaleźliśmy w miejskim centrum informacji turystycznej. 

W fabryce szybko nastąpiła redukcja etatów, więc po dwóch latach wróciłem do jeżdżenia. I wiesz co? Nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną. Moi znajomi wyjeżdżają za granicę, zostawiają rodziny. Mnie jakoś zawsze się udawało wiązać koniec z końcem, w młodzieńczych latach byłem tylko kilka miesięcy w Czechosłowacji na handlu i tyle. Moja najbliższa rodzina mieszka w Łucku, jesteśmy razem i to jest najważniejsze. Tu jest moje miejsce!

 

Trolejbus pana Anatolija na jednej z pętli, podczas przerwy obiadowej.

W każdym trolejbusie pracuje konduktor, siedzący na podwyższonym siedzeniu po środku pojazdu i  zbierający opłatę za przejazd od pasażerów.

 

Ciężki kawał chleba…

Choć Pan Anatolij zdaje się tryskać optymizmem w rozmowie ze mną, jego codzienność nie wygląda wcale różowo. Każdego roboczego dnia zaczyna pracę około piątej, po pół godzinie wyjeżdża z zajezdni. Zwykle kursuje na tej samej linii, ma też przydzielony na stałe konkretny pojazd. Cała zmiana trwa aż 12 godzin – w tym okresie, poza dwoma półgodzinnymi przerwami obiadowymi, na pętlach nie ma praktycznie postoju. Po dwóch lub trzech dniach pracy, kolejny jest wolny. Wygląda to nieco inaczej niż w naszych warunkach, gdzie jednak na każdej pętli kierowca ma chwilę dla siebie na odpoczynek. 

Mimo tych niedogodności, Pan Anatolij jest zadowolony z wykonywanej pracy – a czy własnie ta satysfakcja nie jest najważniejsza? Podczas rozmowy jestem pod wrażeniem jego otwartości i chęci dzielenia się historiami swojego życia z obcą osobą, którą przecież dla niego jestem. Sam z ciekawością również pyta mnie o życie w Polsce, pracę w Warszawie i wrażenia z wyjazdu na Ukrainę. 

Pan Anatolij w swojej pracy.

Wnętrze pojazdu, którym podróżowaliśmy.

W związku z tym, że do kierowców przypisane są konkretne pojazdy, każdy z nich stara się przyozdobić kabinę na swój sposób. Czego tutaj nie ma…  kierownica opleciona w barwy narodowe ze znaczkiem mercedesa na środku, stare emblematy przyklejone na pulpicie, półeczka na drobne ze sprzedanych biletów wyścielona materiałem w cętki geparda. Czyż od razu nie pracuje się przyjemniej?

Nad przednią szybą jest równie ciekawie. Pomiędzy wszelakimi dewocjonaliami, wskazówkowym zegarem i magnesem przedstawiającym łucki zamek, banknoty – dwa dolary i dziesięć hrywien 🙂



Chcesz jechać trolejbusem? Uzbrój się w cierpliwość

Jest sobota, na całą sieć o długości 109 kilometrów wyjeżdżają zaledwie 32 trolejbusy. W dzień powszedni po mieście porusza się tylko 12 pojazdów więcej. Przypominam, że mowa o 217 tysięcznym mieście, stolicy obwodu Wołyńskiego. Częstotliwość kursowania trolejbusów oraz prędkość, z jaką się poruszają, pozostawiają wiele do życzenia. Na przystankach próżno szukać rozkładów jazdy, czasem podana jest jedynie przybliżony interwał kursowania (np. jeździ co 25-40 minut). A jeśli dany pojazd naszej linii akurat po drodze się zepsuje, możemy czekać już dwa razy dłużej. Planując podróż trolejbusem musimy więc mieć spory zapas czasu. Zaletą jest natomiast cena przejazdu, wynosząca 2 UAH (ok. 30 groszy). 

Rosyjskie trolejbusy ZIU-9 (nazywane „Ziutkami”) to najpopularniejszy model pojazdu w większości miast byłego ZSRR. Kursowały także w Polsce (po Lublinie, Gdyni, Warszawie). Mimo przestarzałej konstrukcji i dyskusyjnej estetyki, są produkowane po dzień dzisiejszy. Co ciekawe, jeden z łuckich „Ziutków” został sprowadzony do Gdyni, gdzie po remoncie kursuje jako zabytek.

Pętla przy ogromnym kombinacie papierniczym KRZ na północnym skraju miasta. W to miejsce zjeżdża się kilka linii.

Kilka lat temu Łuckie Przedsiębiorstwo Transportowe rozpoczęło zakupy trolejbusów marki Jelcz z Lublina, korzystając z decyzji o wycofaniu tych pojazdów z eksploatacji. Zakupiono ok. 10 sztuk, w środku nadal możemy dostrzec polskie wyciągi z regulaminu lub napisy „proszę nie opierać się o drzwi”.

Niektóre łuckie trolejbusy już zżera korozja. To zdjęcie sprzed dwóch lat – ciekawe, czy ten „Ziutek” jeszcze jeździ?

 

Jaka przyszłość czeka łuckie trolejbusy?

Elektrotransport na Ukrainie w zdecydowanej większości przypadków podupada. Dość dobrze radzą sobie tylko większe i bogatsze miasta, jak Kijów, Charków, Lwów. W tych mniejszych, niedoinwestowane przedsiębiorstwa zmniejszają liczbę kursów i siatkę połączeń, przestarzały tabor coraz częściej odmawia posłuszeństwa. Popularne mikrobusy (tzw. marszrutki), choć są przeładowane, przejmują większość pasażerów. Przejazd nimi kosztuje nieco więcej, natomiast kursują dużo częściej i sprawniej.

Na przyjazd leciwego trolejbusu czekają głównie emeryci, dla których przejazd tym środkiem transportu jest bezpłatny. Stąd w niektórych miastach ma miejsce kuriozalne podtrzymywanie jednej czy dwóch linii kursujących co godzinę, mimo zaprzeczenia podstawowych zasad logiki. Czasem też obok tramwajowego torowiska nie ma sensownej drogi dla marszrutki, toteż tramwaj musi pozostać (jak np. tramwaj bagienny w Odessie). Łuckie trolejbusy radzą sobie jeszcze nie najgorzej (świadczą o tym choćby zakupy używanych Jelczy z Polski – jakby nie patrzeć, jest to jakaś inwestycja), jednak organizacja ekologicznego transportu zbiorowego w tym mieście nadal znacząco odbiega od normy, do której jesteśmy przyzwyczajeni w naszej rzeczywistości. 

 


Zobacz także:

Stara Łada w służbie taxi… motoryzacyjny skansen na Ukrainie
Ukraińskie drogi – czy naprawdę jest aż tak źle?
Gruzja – kolejką linową do pracy i na zakupy

4 przemyślenia nt. „Reportaż z Łucka: 35 lat za kółkiem trolejbusu

  1. Luaz 969 przez chwilę był nawet produkowany w Polsce i sprzedawany jako Wilk. Pamiętam z lat 90ych okładkę, któregoś z pism motoryzacyjnych z reklamą „Wilk tańszy od Malucha”.

    • Tak, masz rację. Widywalem ogłoszenia na allegro, choć u nas były sprzedawane z innymi silnikami. W każdym razie w Polsce pozostały już raczej pojedyncze sztuki.

  2. W Warszawie za komuny jeździły trajlusie (ogórki, linie 51 i 52 z Pl.Zawiszy). A w późniejszym czasie na trasie do Piaseczna z Dworca południowego Jelcze. Linia została już niestety skasowana. Ale nasze trolejbusy były w o wiele lepszym stanie niż ten ukraiński. Tam żyć to porażka.

Dodaj komentarz

Close