Sintra. Kiczowaty pałac Pena i niebiańsko piękna Praia da Ursa

Sintra, Sintra… przed przyjazdem w południową część Portugalii naczytaliśmy się, że odwiedzając Lizbonę, pominięcie oddalonej o pół godziny jazdy pociągiem Sintry, to grzech. W rzeczy samej – położone na skraju malowniczego Parku Narodowego miasteczko to perełka tej części kraju, a już z pewnością jedno z najciekawszych miejsc do odwiedzenia podczas wizyty w Lizbonie, w ramach wycieczki jednodniowej. My fragment naszych lizbońskich wakacji przeznaczyliśmy na kiczowaty Pałac Pena i jedną z ciekawszych, trudniej dostępnych plaż – Praia da Ursa. Nie obyło się także bez niespodziewanej kąpieli w zimnej wodzie 😉

W Sintrze znajdziemy przepiękne ogrody, zabytkowy klasztor i kilka okazałych pałaców, otaczających miasto. Nad zabudowaniami góruje Zamek Maurów, wzniesiony na jednym z najwyższych wzgórz; a na sąsiedniej kopie już z daleka rzuca się w oczy kolorowa bryła Pałacu Pena. On będzie naszym pierwszym celem w trakcie jednodniowego pobytu w Sintrze i okolicach.

Kilka minut po ósmej meldujemy się w przestronnej hali stołecznego dworca Rossio, z którego odjeżdżają pociągi do Sintry. Mimo kolejki, dość sprawnie udaje nam się kupić bilety na pociąg w automacie; chwilę później siedzimy już w wagonie. Pociągi do Sintry kursują regularnie co 15-30 minut (w zależności od pory dnia), a podróż docelowo nie powinna przekroczyć 40 minut. Także po niedługim przejeździe, wraz z tabunem innych turystów, stawiamy stopy na brukowanej nawierzchni peronu stacji końcowej. Jak łatwo się domyślić, nie tylko my wpadliśmy na pomysł wyrwania się z Lizbony „w świat”, zobaczenia czegoś innego. Poza tym dzisiaj niedziela… Niemniej, kulminacyjna fala przybędzie zapewne późniejszymi pociągami, koło 10-11. Próbujemy ją wyprzedzić, co zda się na nic – do Pałacu Pena mamy stąd ponad 4 kilometry. Wybieramy pieszą drogę przez las, a oni przyjadą autobusami i pierwsi staną w kolejce do kasy u pałacowych wrót 😉

Sintra, w drodze na wzgórze pałacowe.


Pałac Pena, ekstrawagancka perełka Sintry

O samej Sintrze chyba rozpisywać się nie muszę – kto był w Lizbonie, lub choćby gdziekolwiek w Portugalii, winien słyszeć o tym mieście i jego unikatowych walorach. My, mając do dyspozycji zaledwie kilka godzin (zwłaszcza planując minimum połowę tego czasu spędzić poza Sintrą), zmuszeni byliśmy dokonać selekcji spośród mnogości interesujących zabytków okalających Sintrę niemal z każdej strony. Wybraliśmy właśnie Pałac Pena, ten jeden raz nie będąwszy oryginalnymi. Czasem trzeba i tak. Postanowiliśmy jednak osiągnąć cel na własnych nogach, choć perspektywa maciupkiej w naszym odczuciu bryły, stanowiącej zwieńczenie zalesionego wzgórza… wzgórza, które ze wszystkich innych, było najbardziej strome i strzeliste… ta perspektywa, przynajmniej na początku, nie motywowała.

To naprawdę aż taaam? – spytała zbita z pantałyku Kasia, a ja zacząłem gorączkowo myśleć, jaka odpowiedź będzie najkorzystniejsza. No dobra, oszukuję… tak naprawdę, to ja zapytałem 🙂

Odnaleźliśmy na mapie turystyczny szlak, omijający ruchliwą i wąską asfaltówkę, za to meandrujący wśród soczyście zielonej roślinności. W moment przypomniałem sobie, jak dawno tak bujnej zieleni nie widziałem w Polsce, jak brakowało mi tego rześkiego zapachu. Dyskretne ułatwienia w postaci betonowych schodków, nie psuły klimatu dzikości i odosobnienia. 

Tym bardziej, niczym obuch uderzyła w nas długaśna kolejka do kas biletowych przed murami okalającymi pałacowy park. No nic, zagryzamy zęby. Wreszcie wybiła nasza kolej, wpłaciliśmy po 11,40€ i weszliśmy na dość rozległy teren pałacowych ogrodów. Do samego budynku musieliśmy jeszcze trochę podejść – aczkolwiek po kilkuset metrach wyłonił się zza drzew. Okazały, jaskrawy, niespójny, kiczowaty. Trochę śmieszny, trochę straszny. Ale także piękny – pałac Pena może budzić chyba wyłącznie skrajne uczucia. Choć jest ponoć wzniesiony w stylu romantycznym, bez trudu odnajdziemy elementy arabistyki lub symbolikę morską. Nie brakuje również typowych dla Portugalii kafelków azulejos. Niebagatelna mieszanka stylów i śmiałe kolory elewacji są zauważalne nawet dla ignorantów epok historii sztuki (czytaj: dla mnie). 






Pałac Pena – wykafelkowana rezydencja jak z bajki

Oddany do użytku w 1847 roku pałac Pena miał pełnić funkcję letniej rezydencji królewskiej. Strategiczne położenie w najwyższym punkcie w okolicy zapewnia z jednej strony widok na przedmieścia Lizbony, z drugiej na ocean i kończące się dopiero u brzegu połacie lasów. Zwiedzając tereny przylegające do pałacu podziwiamy te widoki. Wokół budynku możemy poruszać się swobodnie – penetrujemy więc dziedzińce, wdrapujemy się na baszty. Następnie wchodzimy do środka, gdzie ustalono już trasę zwiedzania. Idziemy grzecznie w rządku, tempem narzuconym przez osobę będącą na samym przedzie. Przechodzimy przez jadalnię, wewnętrzne krużganki, kaplicę, sypialnie. Co ciekawe, każde pomieszczenie w żadnym calu nie przypomina poprzedniego – nawet ociekające przepychem meble musiały być dedykowane dla konkretnych komnat już w fazie powstawania. 





Unikalnego położenia nie można temu miejscu odmówić – widoki są ciekawe właściwie na wszystkie strony świata.

…jak choćby tu, na położony nieco niżej zamek i chowającą się na wzgórzem Sintrę. 


Cabo da Roca – jak wygląda koniec starego kontynentu?

Choć sam pałac Pena był dla nas dość interesujący, większe podekscytowanie czujemy na myśl rychłego znalezienia się nad oceanem. Biegusiem schodzimy z powrotem do centrum Sintry i ładujemy się w autobus linii 403. Nasz cel, przylądek Cabo da Roca – najdalej wysunięty na zachód fragment Europy. Nie jedziemy w to miejsce jednak wyłącznie po to, by zaliczyć ten jakże znamienity punkt, i zrobić sobie zdjęcie z betonowym pomnikiem. Na północ od tego najdalej wysuniętego klifu, znajduje się prawdziwie rajskie miejsce. Praia da Ursa, jedna z kilkunastu plaż w tym rejonie, ukryta pod cieniem stromych, skalnych klifów. Ponoć najpiękniejsza na południowym wybrzeżu, a zarazem niedostępna dla każdego. Faktycznie, gdy oddalamy się od pomnika znaczącego koniec Europy, turystyczny gwar milknie, niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Na wydeptanej ścieżynce, prowadzącej w kierunku zejścia na plażę, jesteśmy prawie sami. Tylko w oddali majaczą niewyraźne kształty jakiejś parki. 

Zejście nie jest trudne, choć dość długie. Dobrze mieć obuwie z nieślizgającą się podeszwą (najlepiej górskie – klapki, czy sandały raczej zostawcie w domu). Sama plaża nie jest ani mała, ani duża. Jedna część jest piaszczysta, druga węższa i bardziej kamienista. W wodzie znajduje się kilkanaście większych skał, o które spienione fale rozbryzgują się z donośnym hukiem. Nie, to nie jest szum morza, jaki znamy z dzieciństwa, gdy przykładaliśmy ucho do muszelki. Też tak robiliście?

No właśnie, ale to przecież nie morze, a ocean. Ocean ma swoje prawa i swoje piękno. Siadamy więc na jeszcze ciepłym od słońca piasku, oboje wpadamy w dziwną zadumę. Napawamy się chwilą, nic nie mówiąc wsłuchujemy się w odgłosy żywiołu i podziwiamy naocznie ten szaleńczy spektakl.  





Końcowy fragment zejścia na Praia da Ursa.



Zgadnijcie, co to? 🙂



Gorzki smak porażki…

Penetrując plażowe zakątki, na jednej, samotnej skale odnajduję drabinkę na jego szczyt. Na oko oderwana część klifu mogła mieć z 10 metrów, może mniej. Jednak aby się dostać do pierwszego szczebelka, muszę przejść po kilku wbitych w plażę głazach, okresowo, dość obficie zalewanych przez co którąś mocniejszą falę. Podejmuje się wyzwania. Hop po kamieniach! Raz dwa trzy, poszło gładko, już jestem na poziomie, gdzie fala mnie nie dosięgnie. Do drabinki muszę się jeszcze trochę wdrapać. Aj! Skała jest ostrzejsza niż pumeks, a ja potrzebuję się mocno chwycić jej wystających krawędzi, aby się podciągnąć. Nie jestem w stanie, brakuje jakiegokolwiek obuwia, by uchronić się przed pokiereszowaniem. Jak ja nie lubię odpuszczać.
Schodzę, w tą stronę dotarcie na suchą część plaży jest utrudnione – nie widzę nadciągających fali zza skały, na którą próbowałem wejść. 3, 2 1… teraz! Jak się domyślacie, gorszego momentu wybrać nie mogłem – spieniona woda ochlapuje mnie prawie do pasa, oszczędzając chociaż portfel i telefon. Późno popołudniowe słońce nie zdąży mnie już wysuszyć – do samej Lizbony będzie już nam towarzyszyć woń przemokniętych jeansów, szczelnie wypełniająca pociągowy przedział 😉 

 


Zobacz także:

Zaniedbana Lizbona – czy to znaczy, że nieatrakcyjna?
Norwegia: Preikestolen i nocleg 600m nad fiordem
Gruzja: kolejką linową do pracy i na zakupy

Dodaj komentarz

Close