SAKWA PEŁNA KREDEK #1: Pamir Highway na rowerze – Prolog

Już w połowie maja rozpoczynam prawie miesięczny urlop. Chociaż przygotowuję się do niego już wiele miesięcy, im bliżej daty startu, tym więcej spraw do załatwienia zaczyna się piętrzyć. Do tej pory chyba nie miałem przed sobą tak skomplikowanego logistycznie, wyprawowego przedsięwzięcia. Proporcjonalnie do upływającego czasu rośnie we mnie ekscytacja, ale też lęk, czy wszystko się uda, czy podołamy. Wyruszamy w nieznane, wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Na rowerach. Tym razem – Azja Środkowa i jedna z najwyżej położonych dróg świata. 

Od pomysłu do realizacji

Pomysł wyprawy rowerowej do Tadżykistanu zrodził się jakieś dwa lata temu. Wówczas przeczytałem na jednym ze znanych blogów podróżniczych obszerną relację z przejazdu przez Pamir – rozległy region wysokogórski w Azji Centralnej. Zdjęcia nieskończonych przestrzeni, historie niesłychanie dobrych ludzi, którzy mimo bytowania w trudnych warunkach, nie tracą pogody ducha, zielona dolina rzeki Pandż, wyróżniająca się na tle wysuszonego otoczenia skąpanego w ostrym słońcu. A na pierwszym planie odważni śmiałkowie na rowerach z Polski, w tle ośnieżone siedmiotysięczniki. Bariery polityczne, brak tanich lotów, a przede wszystkim porządnej infrastruktury (w niektórych rejonach nawet prądu), pozostawią ten rejon świata jeszcze długo poza zasięgiem macek masowej turystyki. 

Dla mnie dodatkowym atutem jest osadzenie regionu w klimacie poradzieckim, mentalnie tkwiącym jedną nogą w nieistniejącym już ZSRR, jednocześnie z silnymi wpływami azjatyckimi. Wszak z Szosy Pamirskiej bliżej do Chin niż Rosji, a od Pakistanu będzie dzielić nas tylko wąziutki Korytarz Wachański. 

Po wyprawie rowerowej na Islandię oraz autostopowaniu na Lanzarote zdałem sobie sprawę, że ciągnie mnie do surowego klimatu pustki. Zdominowany przez skały i piachy Pamir, właśnie taki jest. Ze względu na nadzwyczajnie niską sumę rocznych opadów, nie ma tam lasów, praktycznie nie rosną drzewa. Poza bezpośrednią okolicą rzek, w wyższych partiach gór próżno szukać jakiejkolwiek roślinności. 

Pamir Highway

Tadżykistan, choć turystycznie krajobrazowa idylla, jest najbiedniejszą byłą republiką ZSRR. Rządzony silną ręką przez prezydenta, Emomali Rahmona, poza stolicą i kilkoma większymi miastami nie zapewnia swoim obywatelom życia na wystarczającym poziomie. Prawa człowieka nie są przestrzegane, wolność słowa, wyznania oraz opozycja polityczna właściwie nie istnieją. I bez tego życie jest tam ciężkie – większość państwa leży na terenie wysokogórskim. Rejon, w który jedziemy, to obszar w zasadzie odcięty od świata. Pamirskie szczyty osiągają 6-7 tys. m.n.p.m. (najwyższy – Szczyt Ismaila Samaniego – 7495 m), doliny rzeczne, wzdłuż których biegną drogi, znajdują się nawet na wysokości 4000 m. Także politycznie to odrębny twór – oficjalnie Górnobadachszański Okręg Autonomiczny, zamieszkany głównie przez Kirgizów i Pamirczyków, którzy nie specjalnie lubią być utożsamiani z Tadżykami. 

To właśnie przez góry pamirskie biegnie część dawnego Jedwabnego Szlaku do Chin. W czasach radzieckich droga zmieniła funkcję z handlowej na militarną – jednak zawsze była istotna. W okresie radzieckiej prosperity położono nawierzchnię asfaltową oraz zelektryfikowano wszystkie miejscowości po drodze. Być może właśnie wtedy nadano jej szumną nazwę nieco na wyrost – autostrada pamirska, znana bardziej jako Pamir Highway. Niestety dziś stan nawierzchni jest raczej opłakany, a do większości miejscowości na trasie nie dociera regularnie prąd.

Szosa Pamirska zaczyna się w Duszanbe i od tego momentu nieustannie pnie się pod górę. Chorog (oddalony od stolicy o 500 km), to ostatnie duże miasto, przed wjazdem w wysokie góry (duże – mam na myśli 30 tysięcy mieszkańców). Stamtąd jeszcze 300 do Murgobu, kolejne 400 do Sary-Tasz już w Kirgistanie. W najwyższym punkcie droga osiąga aż 4655 m.n.p.m. (przełęcz Ak-Bajtał), co czyni Pamir Highway jedną z najwyżej położonych dróg publicznych na świecie. 

Rowerem przez Tadżykistan

W moim przypadku wybór środka transportu mógł być tylko jeden. Myślę, że szczególnie w tamtych rejonach podróżowanie rowerem niesie przewagę nad wyprawą z plecakiem. W Pamirze transport publiczny praktycznie nie istnieje, a z tego co się dowiedziałem, podróżowanie autostopem nie jest łatwe, ze względu na małą ilość samochodów. 

Już rok temu umieściłem na forum rowerowym ogłoszenie, że szukam towarzystwa do przejechania Pamir Highway i poznania żyjących tam ludzi. Na mój post szybko odpowiedział Janek, który podobnie jak ja marzył o przejechaniu tego skrawka świata rowerem. Okazało się, że właściwie byliśmy już kiedyś na wspólnej wyprawie – ten światek rowerowy jest jednak mały 😉 Mieliśmy sporo czasu na ustalenie wspólnych priorytetów i określenie konkretnej trasy. Oto ona:


Z przesiadką w Moskwie

Zanim w ogóle wsiądziemy na objuczone sakwami rowery, planujemy spędzić trzy dni w Moskwie. Tak wypadło, że w rosyjskiej stolicy mamy przesiadkę. Skoro i tak musimy wyrobić wizę, grzechem by było nie zwiedzić tej kontrowersyjnej metropolii. Moskwa to jednak temat na oddzielny wpis 😛 Gdy wylądujemy już w Duszanbe, musimy przedostać się do punktu startu – miasta Chorog, będącego symboliczną bramą gór pamirskich. Dostaniemy się tam jedną z terenówek, które regularnie kursują między tadżycką stolicą a Chorogiem. Ponoć przejazd 500 kilometrów zajmuje praktycznie cały dzień – zapowiada się ciekawie 🙂 

Chorog leży na wysokości 2100 m. W kierunku miasta Murgob prowadzą dwie trasy – podstawowa, krajowa droga M41 (właściwa Szosa Pamirska) oraz południowa, dłuższa odnoga, wzdłuż afgańskiej granicy i rzeki Pandż. Na podstawie porad osób, które Pamir już przejechały, wybraliśmy drugą opcję. Właściwie już po 300 kilometrach osiągniemy wysokość 4000 m.n.p.m., i na takowej pozostaniemy przez kilka dni. Dopiero za granicą tadżycko-kirgiską wyraźnie zaczniemy tracić wysokość, zjeżdżając do miasta Sary-Tasz. I dalej do Osz, gdzie nasza podróż dobiega końca. W sumie do przejechania ponad 1000 kilometrów przez 15 dni. Ambitny plan? Ciągle sobie zadaję to pytanie, ale okaże się dopiero po powrocie 😉

Spać planujemy w namiocie, żywić się tym, co będzie w skromnie zaopatrzonych sklepach. Bierzemy ze sobą kuchenkę benzynową.

Kredki

O co chodzi z tymi kredkami w tytule wpisu?

Mianowicie… Pomyślałem, że dobrze by było postawić sobie jakiś cel wyprawy. Może misję? Nie tylko natłuc kilometrów, przejechać, zrobić zdjęcia i to opisać. Zwykle podróżując zabieram ze sobą drobne przedmioty kojarzące się z Polską – magnesy na lodówkę, pocztówki itd. Takie rzeczy wręczam ludziom, którzy bezinteresownie pomagają mi podczas drogi. To i tak marne zadośćuczynienie za tyle dobroci, ile może spotkać podróżnika ze strony tubylców, jednak nigdy nie chcą przyjąć pieniędzy.

Nawiązując kontakt z osobą, zajmującą się od jakiegoś czasu pomocą humanitarną dla pamirskich dzieci, dowiedziałem się, że w szkołach brakuje podstawowego wyposażenia. Dzieciaki czasem nie mają czym pisać, nie wspominając o bardziej skomplikowanym wyposażeniu, które w naszej rzeczywistości jest standardem. 

Postanowiłem przywieźć pamirskim dzieciakom coś z Polski. Po długim namyśle i konsultacji z kilkoma osobami, podjąłem decyzję, że będą to kredki. Jedną z czterech sakw wypełnię małymi paczkami kredek, a w każdej z nich po sześć świecówek. Na tyle dużo, aby zadowolić choć symbolicznie część dzieci zamieszkujących Pamir. Zdaję sobie sprawę, że to kropla w morzu potrzeb – jednak uważam, że warto pomóc choćby na taką małą skalę.

Udało mi się uzyskać sponsora całości materiału (choć nadal nie do końca w to wierzę) – to firma, w której obecnie pracuję. Stokrotne dzięki! 🙂

Aby pomoc trafiła do dzieci najbardziej potrzebujących, wraz z Jankiem całość przekażemy personelowi jednej ze szkół w Murgobie. Oznacza to, że wszystko musi przetrwać w stanie względnie nienaruszonym 600 kilometrów jazdy po wertepach! Będziemy musieli skrzętnie je zabezpieczyć 🙂 Zależy nam, aby uniknąć jednostkowego rozdawania kredek przypadkowym dzieciakom – wszystkim i tak nie pomożemy, a takie zachowanie może u dzieci w przyszłości jednoznacznie wywoływać błędne skojarzenia… jedzie turysta na rowerze? To na pewno mi coś da! 


Ze względu na brak dostępu do internetu i sieci komórkowej, prawdopodobnie niewiele będzie się pojawiać na blogu w czasie mojej nieobecności. Jak wrócimy, wszystko dokładnie Wam opiszę. Trzymajcie kciuki za brak awarii – do serwisuj zawsze będzie daleko 😉

Okładka wpisu pochodzi ze strony www.fresher.ru.

 

 

Zobacz także:

Ładą przez Polesie Ukraińskie
Gruzja: Szlak na Kazbek

 

Ukraina: Lipniażka – opuszczone miasto

Dodaj komentarz

Close