Pogórze Kaczawskie, czyli tajemnicza kraina wygasłych wulkanów

Pogórze Kaczawskie to jeszcze nie Sudety, ale już nie podwrocławskie suburbia. Słynąca z poszukiwaczy złota Złotoryja otoczona jest pagórkami, które swym kształtem przypominają wulkany. Jedynie gęsta roślinność pokrywająca zbocza zdradza, że ostatnie erupcje miały tu miejsce tysiąclecia temu. Szczyty dawnych wulkanów okazały się idealną lokalizacją na wzniesienie twierdz obronnych – zawitamy do jednego z ciekawszych w okolicy zamku Grodziec. Wraz z Kasią przyjeżdżamy w te strony na specjalne zaproszenie – to co widzą oczy, będzie uzupełnione przez liczne, interesujące historie. 

Rockowy klip w gotyckich murach

– w murach tego zamku kręciliśmy teledysk do coveru „Simply The Best” – rzuca Jarek, jakby lekko od niechcenia, bez cienia zadufania. – Chcecie zobaczyć na youtubie? – i po chwili włącza na telefonie klip zespołu Zodiak. W zastępstwie popularnego, popowego kawałka Tiny Turner, słyszymy gitarowe riffy rockowej przeróbki i mocny głos wokalistki. Wzniesiony na stromym, powulkanicznym wzgórzu zamek Grodziec stanowi doskonałe tło do piosenki. Siedząc z kawą na dziedzińcu rozglądamy się wokół, bez trudu odnajdując miejsca wypatrzone na teledysku. 

Czasem poznając nowy region kraju dobrze mieć przewodnika. Niekoniecznie takiego po kursie, który zarabia oprowadzając ludzi po danej atrakcji. Bardziej mam na myśli po prostu człowieka stąd. Kogoś, kto zna miasto, okoliczne wsie i zamki jak własną kieszeń, a do tego z pasją pokaże Ci swoje miejsce na ziemi. Kogoś, kto powie: tu się wychowałem, w tamtej fabryce pracowałem, póki jej nie zamknęli, na tej stacji zatrzymywały się kiedyś pociągi, a budynek na drugim planie to poprawczak, który rok temu się palił. A na tym zamku wraz z zespołem kręciliśmy teledysk.

 

Pogórze Kaczawskie – jedyny powulkaniczny region w Polsce

Właśnie dzięki Ewelinie i Jarkowi, sympatycznemu małżeństwu mieszkającym pod Złotoryją, wraz z Kasią nawiedziliśmy Pogórze Kaczawskie. Rejon Dolnego Śląska, leżący mniej więcej pomiędzy Legnicą a Jelenią Górą charakteryzuje się pagórkowatym, powulkanicznym krajobrazem. Wzniesienia tu występujące zaliczane są do pasma zachodnich Sudetów. Część z nich rzeczywiście przypomina kształtem kratery wulkanów, choć od dawna w okolicy nic już nie dymi – ostatnie erupcje miały miejsce w trzeciorzędzie, a tereny naszego kraju od dawna dzieli ponad tysiąc kilometrów od najbliższego styku płyt tektonicznych. Niemniej patrząc chociażby na wierzchołek Ostrzycy Proboszczowickiej nie mamy wątpliwości, że kiedyś z jej wnętrza buchała gorąca lawa, siejąc niemałe spustoszenie. 

Pogórze Kaczawskie, ze względu na swoją geologiczną przeszłość, to obszar bogaty w surowce mineralne. Kopalnie odkrywkowe niestety nieco psują sielską przestrzeń – działalność człowieka rzadko odbywa się bez ingerencji w naturalny krajobraz. Cóż, musieliśmy się pogodzić, że niektóre pagórki są „zjedzone” przez koparki i inny ciężki sprzęt 😉 

Co ja robię na Dolnym Śląsku?

W te strony przyjechaliśmy na zaproszenie Eweliny i Jarka, których Kasia poznała właściwie przez przypadek dwa lata wcześniej. A działo się to w Chorwacji, w drodze do Herceg Novi. Wówczas dwoje żądnych przygód autostopowiczów z Polski z nadzieją wyciągało kciuki do przejeżdżających aut. Widząc polską flagę na kasiowym plecaku, Ewelina i Jarek postanowili urozmaicić sobie trasę podwożąc tę dwójkę przybłędów. Spędzili razem kilka godzin w podróży, a zwieńczające wspólną jazdę zimne, wieczorne piwo rozwiązało języki. 

– Mieszkasz w Warszawie? Musisz kiedyś do nas przyjechać na Śląsk, zobaczyć, jak tam pięknie! – najpewniej w taki sposób Kasia była zachęcana do odwiedzin. Chociaż wiadomo, jak to bywa – podobne propozycje wspólnego spotkania to niestety często puste słowa. Jest magia chwili, mnóstwo tematów do rozmowy, ale… po wyjazdach każdy wraca do swoich spraw i kontakt często się rozmywa. 

Jednak nie tym razem. Musiały minąć dwa lata, aby wirtualnie podtrzymywana znajomość znów ujrzała realne światło dzienne. 

No a ja? Wówczas Kasi nie znałem, więc pojechałem do Złotoryi właściwie przypadkiem… Tym bardziej byłem pełen wdzięczności za iście królewskie przyjęcie pod swój dach właściwie obcego człowieka!


Wsiadamy na rowery. Kierunek: zamek Grodziec!

Prowiant spakowany, trasa ustalona. W koszu na bagażniku Eweliny ląduje Ksenon – najgrzeczniejszy pies, jakiego dotąd spotkałem. Mimo, że do naszych gospodarzy dojechaliśmy późną nocą, przed 9-tą już pedałujemy szutrową drogą przez las. Zaplanowaliśmy pięćdziesięciokilometrowe kółko po pofałdowanej okolicy.

Kwintesencja wycieczki – zamek Grodziec, wzniesiony (a jakże!) na bazaltowych skałach wulkanicznego wierzchołka. Niemniej po drodze również było na czym oko zawiesić – niekończące się, rzepakowe pola, otumaniające żółcią kwitnących kwiatów, żwirowe ścieżki nad szemrzącą Kaczawą (momentami można było ją nazwać prawie górskim potokiem!), poniemieckie wsie – solidne domostwa kryte czerwoną dachówką, niekiedy z odpadającym tynkiem, murowane stodoły (na Mazowszu tak bardzo przywykliśmy do drewnianych), brukowanych traktów tylko nie było. Zawitaliśmy też na opuszczony, drewniany budynek dworcowej poczekalni w Jerzmanicach-Zdroju, będący fotograficznym tłem niejednej sesji. 








Zamek Grodziec

Bajeczna budowla z okresu średniowiecza, aby ukazać swe piękno wpierw wymagała od nas podjazdu na 389-metrowe wzgórze. Było warto. Grodziec to taki zamek, jakie lubię. Po wjechaniu przez bramę na teren przyzamkowego parku, naszym oczom ukazuje się nieco zaniedbany, ale jakże urokliwy teren. Nie ma tu równie przystrzyżonego żywopłotu, którego aż strach dotknąć, jest za to posępna twarz jakiegoś krasnoluda wyrzeźbiona w pniu drzewa oraz zarośnięta niby-stodoła, w której kiedyś toczyło się reality-show. Na dziedzińcu panuje przyjemny rozgardiasz. 

Wzmacniamy się kawką i idziemy zwiedzać. W cenie biletu możemy wejść na ganki i wieżę, zwiedzić kilkanaście komnat oraz piwnicę z narzędziami tortur (akurat tym razem była zamknięta). Widać, że rewitalizacja obiektu dopiero wkracza w decydujące fazy – jedynie dach lśni nowością, reszta (zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz) jest naznaczona bezlitośnie upływającym czasem. Niemniej urokliwe jest, że właściciele w komnatach wystawiają chętnie całość zgromadzonych przedmiotów – także krzesło z urwaną jedną nogą lub szafkę bez drzwiczek. Jest autentycznie – i o to chodzi!

Jeśli będziecie w okolicy, polecam wdrapanie się na zamek Grodziec. Ze szczytu wieży, przy dobrej pogodzie dostrzeżemy sporą część Sudetów, a umieszczona mapka z nazwami szczytów pomoże nam je zlokalizować. Do Grodźca możecie wpaść na przykład na Turniej Łuczniczy lub czerwcowe Święto Pieśni, zresztą dość często odbywają się tu różne imprezy.  









Ostrzyca – śląska fudżijama

Po rowerowej wycieczce i napełnieniu brzuszków w złotoryjskiej knajpce, czas odwiedzić jeszcze jedno miejsce.

501-metrowy szczyt wygasłego wulkanu dominuje w krajobrazie okolicy. Przy dobrej przejrzystości powietrza dostrzeżemy go z grani Karkonoszy (o czym przekonałem się tydzień później). Charakterystyczny, stożkowy wierzchołek Ostrzycy Proboszczowickiej to najwyższy punkt Pogórza Kaczawskiego, nie dający się kształtem pomylić z żadnym innym szczytem. 

Auto (lub rower) możemy zaparkować na wyznaczonym do tego miejscu w lesie (skręcić należy w miejscowości Proboszczów). Stąd już tylko 20-30 min drogi żółtym szlakiem. Początkowo idziemy łatwą ścieżką, dopiero ostatni moment to bardziej strome podejście na szczyt po skalnych stopniach. Skalisty wierzchołek ponad linią lasu oferuje fantastyczne widoki na okolicę 🙂






Warto na rowerze?

Ewelina i Jarek kochają swoje miejsce na Ziemi. Dzięki aktywnemu korzystaniu z atutów okolicy ten magnetyzm jest widoczny na każdym kroku, a do tego jaki zaraźliwy! Krótka wycieczka wokół polskiej krainy wygasłych wulkanów, naznaczonej geologicznymi ciekawostkami oraz poniemiecką architekturą zaczarowała i nas. Z pewnością kiedyś wrócimy do Złotoryi z rowerami, poeksplorować pozostałe szlaki, bowiem jeden wiosenny weekend to zdecydowanie za mało na Pogórze Kaczawskie 🙂

Nasi gospodarze z Kasią w środku 🙂

 


Zobacz także:

Lwów – kilka miejsc, które trzeba zobaczyć
Zaniedbana Lizbona. Inspirująca i atrakcyjna.
Kazimierz Dolny – kraina lessowych wąwozów

Dodaj komentarz

Close