SAKWA PEŁNA KREDEK #4 Witaj, Pamirze! Wsiadamy na rowery :)

Imponujący, niesamowity, niewyobrażalny, surowy i piękny – PAMIR. Dzikie i srogie góry Tadżykistanu, których najwyższe szczyty mają po 7 tysięcy metrów, stoją przed nami otworem. Dotarliśmy… rowery całe, my pełni emocji i werwy, gotowi na szutrowe podjazdy – pozostaje tylko założyć sakwy i ruszyć przed siebie. Wreszcie wsiadamy na rowery, przygodę czas zacząć!


Ten post jest częścią rowerowej wyprawy przez Tadżykistan i Kirgistan, która odbyła się wiosną 2018 roku. Celem wyprawy było przejechanie „Pamir Highway”, prowadzącej przez najwyższe góry regionu, poznanie zamieszkujących Pamir ludzi oraz dowiezienie do Murgabu 150 paczek kredek, przeznaczonych dla dzieci właśnie budowanego przedszkola. 


Komu w drogę temu… shared taxi

Pierwszy tydzień wyprawy spędziliśmy na zwiedzaniu Moskwy, Duszanbe oraz przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Za nami dwa loty i kilkunastogodzinna podróż samochodem, a przecież to miała być wyprawa rowerowa!  Wreszcie jesteśmy – tuż przed nami tak długo wyczekiwany Pamir! W kierunku Chorogu przedostaliśmy się wynajętą terenówką (shared taxi) – to standardowa procedura,  bowiem w Tadżykistanie komunikacja międzymiastowa kuleje (a na odcinku Duszanbe – Chorog nie ma jej wcale). Postanowiliśmy wysiąść 150 km przed miastem, po dokładnym przeanalizowaniu trasy zostało nam kilka dni zapasu, więc mogliśmy wcześniej zacząć poznawanie tych niezwykłych gór z perspektywy siodełka. A na rowery pragnęliśmy już wsiąść bardzo!

 

Duszanbe. Z tego miejsca, zapakowane po dach auta, odjeżdżają w różne rejony Tadżykistanu. My zjawiliśmy się dzień wcześniej i dogadaliśmy z kierowcą cenę i godzinę. Zapłaciliśmy po 300 Somoni (120 zł) od osoby, podróż trwała ok. 10 godzin. 

Przystanek na trasie.

 

Zarejestrowani. Czas zacząć jazdę

Na rowery wsiadamy w miejscowości Vanj, w której nie ma wiele poza niepozorną stacją benzynową i posterunkiem wojskowym. Cały obszar tadżyckiego Pamiru leży w Górnobadachszańskim Okręgu Autonomicznym. Ze względu na bliskość granicy z Afganistanem i Chinami, wojsko prowadzi ewidencję przejeżdżających tędy osób i samochodów. Niestety komputery i internet jeszcze tu nie dotarły, więc żołnierze wpisują nasze nazwiska do wielkich ksiąg. Najpewniej co jakiś czas są one wiezione do głównej bazy i tam składowane. 

My wysiadamy z auta wieczorem, ze znalezieniem miejsce pod namiot nie mamy żadnego problemu. Wskazuje je nam jeden z sympatycznych mieszkańców miejscowości, u którego chcieliśmy kupić benzynę do kuchenki. Chcieliśmy, bo o żadnym płaceniu nie ma mowy – dostajemy ją za darmo, a w gratisie zaproszenie na czaj. Nie chcemy robić problemu – widzimy zastawiony stół. Większość mieszkańców Pamiru do muzułmanie, akurat panuje ramadan. Słońce niedawno zaszło, niech rodzina spokojnie zasiądzie do wspólnego posiłku, a nie przejmuje się rowerowymi turystami. Zresztą dziś, poza ciepłym makaronem i kubkiem herbaty, więcej nam nie potrzeba.


Witaj, Pamirze – kierunek Chorog!

Pierwszy poranek w Pamirze rozpoczynamy, naturalnie, od kawy. To znaczy, taki był plan – kuchenka nie chce współpracować, czyżby lokalne paliwo jej nie służyło?  Po godzinnej walce, na szczęście, daje nam możliwość wypicia rozbudzającego napoju z widokiem na Afganistan, leżący po drugiej stronie rzeki Pandż. 

Słońce przyjemnie dogrzewa, siedzimy z kubkami na kamieniach, wokół cisza, jak makiem zasiał. Nie możemy uwierzyć, że marzenie o wyprawie rowerowej przez Tadżykistan właśnie zaczyna się spełniać – a to dopiero początek drogi! Ponad rok skrupulatnego planowania, kombinowania, wyrabianie wiz, problemy z urlopem i odwołane samoloty. Już pierwszego poranka wiedzieliśmy, że było warto. 

Bajeczne widoki ciasnego kanionu rzeki Pandż towarzyszą nam przez większość dnia. Wąska dolina i ostro opadające, skalne ściany, dobitnie akcentują srogość i niedostępność tutejszych gór. W Pamirze (podobnie jak na Islandii), to natura gra pierwsze skrzypce. Człowiek może co najwyżej wcisnąć kilka domostw w nielicznych miejscach, gdzie akurat dolina się rozszerza i egzystować jej rytmem. Może w nagrodę obrodzi ziemniakiem czy pomidorem na mikroskopijnym poletku, upchanym między skałami a kamienistym brzegiem rzeki. Tą symbiozę widać gołym okiem. W suchym, niegościnnym klimacie, gdzie zimą łapią tęgie mrozy, a latem słońce wypala roślinność do cna, tylko w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki jest zielono. Pamirczycy wiedzą, że woda jest tutaj na wagę złota – tworzą liczne kanały nawadniające pola, dzięki czemu plony pozwalają na większą samowystarczalność. 

A im wyżej, tym warunki do życia są trudniejsze. Jest pierwszy dzień, GPS pokazuje wysokość 1600 m.n.p.m. Od tego momentu, powoli, acz konsekwentnie, będziemy się wspinać na 4655 metrów, na przełęcz Ak-Baitał. To kluczowy punkt naszej trasy, wyżej, podążając Pamir Highway, już się wjechać nie da. 


Bajeczny krajobraz Pamiru – nie możemy uwierzyć, że takie widoki będą nam od dzisiaj towarzyszyć codziennie!

Rzeka Pandż przez kilkaset kilometrów stanowi naturalną granicę między Górnym Badachszanem w Tadżykistanie a Korytarzem Wachańskim w Afganistanie.

Momentami rzeka tworzy skaliste, pozbawione roślinności kaniony.

Także wzdłuż Pamir Highway nie może zabraknąć złotych myśli Pana Prezydenta.


Pamir Highway, mimo katastrofalnego stanu nawierzchni, nadal jest tranzytową drogą krajową M41, łączącą południowy Tadżykistan z Kirgistanem i Chinami. Odbywa się tędy spory ruch ciężarówek, co dodatkowo przyczyna się do pogorszenia nawierzchni. 





What is your name? 

Chociaż przez pierwsze dwa dni nie mijamy wielu wsi, w tych nielicznych nie pozostajemy anonimowi. Dwóch kosmitów w dziwnokształtnych hełmach, do tego poruszający się na rowerach z poprzyczepianymi jakimiś kolorowymi workami (na których niekiedy lądują mokre gacie tudzież skarpety), to nie lada gratka dla lokalnych dzieciaków. Praktyczne każde dziecko, które nas dostrzeże, już z daleka woła na cały głos dziarskie: „hellooołłłł!” albo „what is your name??„.  Rozemocjonowane brzdące nierzadko stają wzdłuż drogi wystawiając piątkę do przybicia, albo same podlatują i przybijają (niektóre chłopaki waliły naprawdę mocno!). Dorośli podchodzą do nas z większą rezerwą, jednak na anonimowość, tak dobrze znaną nam z wycieczek po Polsce, nie ma szans. Ludzie interesują się skąd jesteśmy, dokąd jedziemy. Zagadują, polecają interesujące miejsca, chcą jakoś pomóc, bez ogródek zapraszają do siebie do domu na wspólną herbatę. Zalani tak mocną falą życzliwości i gościnności z początku nie potrafimy się zachować. Mija kilka dni, zanim obaj przestajemy się czuć przytłoczeni tą sytuacją i swobodnie rozmawiamy z większością napotkanych ludzi. 

A co się najbardziej rzuca w oczy? UŚMIECH! Szczery, szeroki, z dobrego serca, nigdy ironiczny. Choć Tadżykistan należał do ZSRR, na dalekie południe nie dotarło, typowe dla komunistycznego ustroju, celowe wyzbywanie się emocji i chowanie ich głęboko w środku, jak najdalej od twarzy. 

Mimo, iż rowerzystów kręci się tutaj niemało w sezonie (a motocyklistów jeszcze więcej), miejscowi są autentycznie nami zaciekawieni i sami zaczynają rozmowę. Obie strony są tym bardziej uradowane z faktu, że możemy jako tako porozmawiać po rosyjsku.





Nocleg w homestay’u i zaproszenie na herbatę

W pewnym momencie, gdy zmęczenie sięga zenitu i robi się już ciemno, wjeżdżamy w niekończącą się wieś. Luźno rozrzucone domki w połączeniu z przytoczonym wyżej brakiem anonimowości, to średnia mieszanka na poszukiwanie miejsca pod namiot. Tym sposobem lądujemy w pierwszym Homestay’u. Takich przybytków na szlaku Pamir Highway jest całkiem sporo – zazwyczaj są totalnie niekomercyjne, oferują absolutne minimum za niewygórowaną cenę. My płacimy 100 Somoni (40 zł) za dość duży pokój z możliwością korzystania z kuchni, łazienki i ogrodu. Jest nawet ciepła woda! Pierwszy i ostatni raz takie luksusy 😉 Dobrze trafiliśmy, bo kolejnego dnia od rana pada deszcz. Wykorzystujemy ten czas na ogarnięcie bagaży po transporcie samolotami, delikatne pranie i zaplanowanie dalszych odcinków trasy. W końcu ruszamy w deszczu.

Przed Chorogiem, rozmawiając z kolejną już osobą, zostajemy spontanicznie zaproszeni na herbatę.Chodźcie, przeczekacie deszcz, priglaszajem!” – ciągnie nas do domu dopiero co poznany facet. Chwilę później siedzimy w skromnej izbie na matach, w kącie gra maleńki telewizor, a żona naszego gospodarza przynosi dzbanek z zieloną herbatą i pyszną, morelową konfiturę. Trochę rozmawiamy, potem wychodzimy do sąsiada podejrzeć, jak naprawia starego Moskwicza. Tutaj temat bardziej się kleił – z racji, że jestem miłośnikiem radzieckiej motoryzacji, opowiedziałem Panu o swoich przygodach z Zaporożcem. Tak… na tamtym aucie próbowałem nauczyć się cierpliwości. Kiedy nie wyszło… sprzedałem 😉

Homestay w Rushan. Jak widać, nie jesteśmy w tym miejscu pierwszymi rowerzystami. 

Pierwszy wieczór „w trasie” spędzamy na wygodnym podeście w ogrodzie, sącząc z wolna herbatkę z dodatkiem polskiej wiśniówki 😉

Może powyższe zdjęcie nie ma wiele wspólnego z zapierającymi dech, pamirskimi widokami, no ale… musiałem 🙂 Sądziłem, że najgorszy papier toaletowy jest na ukraińskiej prowincji – aż do chwili przetestowania tadżyckiego, o fakturze kiepskiej krepiny. 

Dzień drugi. Spowite gęstymi chmurami zbocza również potrafią być fotogeniczne. 

Radziecki Kraz dokonuje żywota nad Pandżem.

Napojeni herbatką możemy ruszać w trasę 🙂

Remont silnika wre. 



Brama wjazdowa, tuż przed Chorogiem.

 

Turyści nad rzeką? Sprawdzę, to ubezpieczaj mnie

Kilka kilometrów przed Chorogiem (sporym, jak na te rejony miastem – stolicą Górnego Badachszanu) stawiamy namiot w krzakach. Gdy pichcimy już makaron na kuchence, ni stąd, ni zowąd pojawiają się dwaj żołnierze i drobiazgowo nas pytają, co tu robimy i na jak długo zostajemy. Cała akcja przebiega sympatycznie i kulturalnie, dostajemy zgodę na biwakowanie przy samej granicy z Afganistanem. Gdy się oddalają, Janek zauważa, że w krzakach nieopodal czaił się jeszcze trzeci mundurowy, który zapewne tamtą dwójkę ubezpieczał. Procedury procedurami, ale… czy naprawdę wyglądamy na zakonspirowanych terrorystów z kałachami, przemycanymi w torbie podsiodłowej? 😉

Ciąg dalszy już wkrótce. Na koniec jeszcze kilka zdjęć z pierwszych dni naszej wyprawy.




 

 

 

 

 

 

Zobacz także:

Ukraina – Zakarpacie na rowerze
Gruzja: kolejki linowe z czasów stalinowskich wciąż wożą ludzi
Lwów na weekend

7 przemyśleń nt. „SAKWA PEŁNA KREDEK #4 Witaj, Pamirze! Wsiadamy na rowery :)

  1. Myślałam, że uda mi się pojechać w Pamir w tym roku. Niestety – nie uda się, zbyt mało czasu, urlopu tylko 26 dni, z czego większość już wykorzystaliśmy. Liczę, że za rok tam dotrę! Piękna relacja, wiem to znaczy podróżować w tym regionie i przeżywać podróż zupełnie inaczej 😉 To w końcu Azja Środkowa, tego miejsca nie da się „podrobić” 🙂 My w tym roku drugi raz w Kirgistanie, skradł nam serce… Pamir będziemy oglądać z daleka, zachwycać się…
    Świetnie się czytało 😉

    • Dla mnie to był pierwszy raz w Azji Środkowej – już wiem, że nie ostatni. Kirgistan z kolei pozostawił u mnie wielki niedosyt… no, ale tak jak piszesz, nie można mieć wszystkiego. A urlopu też mam tylko 26 dni 😛 Dzięki za miłe słowa, życzę owocnej, przyszłorocznej wyprawy 🙂

  2. Tak jest w Azji Środkowej. Niesamowite przeżycia i widoki. Byłem w z czerwcu 2018 miesiąc na rowerach w Kirgistanie i Tardżygisatnie Takę chciałbym tam wrócić.

  3. Dawid musisz poszukać jakiegoś sponsora. Widzę, że wyrasta z Ciebie drugi Cejrowski. Fajne foty. Powodzenia w dalszych wojażach.

    • Cieszę się, że trafiłem w gusta. Sam jeszcze nie miałem okazji być na wyjeździe zorganizowanym – może kiedyś spróbuję 🙂

Dodaj komentarz

Close