Dzisiejsze podróżowanie to pusta propaganda sukcesu

Dzisiejsze podróżowanie to pusta propaganda sukcesu

…  i najgorsze, że nie ma ona za wiele wspólnego z rzeczywistością. Podczas gdy my przeglądamy na fejsie cudne fotki kolejnego Podróżnika przez wielkie Pe, on w duchu śmieje nam się w twarz, zbierając kolejne lajki. Malediwy. Pozując do selfiaków w modnych okularach, uśmiechnięty od ucha do ucha, dzisiejszy poranek przywitał na rajskiej wyspie. A jeszcze tydzień temu ten sam uśmiech gościł na tle pasma górskiego w Nepalu. Taki to pożyje. I znów wygląda idealnie, jak on to robi? Chcąc nie chcąc, frustrujesz się, wertując codziennie Instagrama. Tylko ile w tych zdjęciach prawdy, a co jest ściemą?

Wymarzone wakacje na bezludnej wyspie

Chyba każdy z nas przynajmniej raz marzył, by znaleźć się na bezludnej wyspie. Bez marudzącego szefa, zgiełku, w którym na co dzień żyjemy. Palmy, lazurowe wybrzeże – czyż nie tak wygląda lansowany w naszej popkulturze raj na ziemi? Wychodząc naprzeciw wysublimowanym oczekiwaniom bogatej klienteli, co poniektóre biura podróży mają w swojej ofercie noc na niezamieszkałej wyspie z białym piaskiem.

Przenieśmy się na Wilson Island, oddaloną o 70 mil od wschodnich wybrzeży Australii. Teraz i Ty możesz poczuć się jak Robinson Cruzoe. No, prawie – nie musisz sam zdobywać pożywienia, w cenie dostaniesz wyżywienie all inclusive. Alkohole też będą, aby podkręcić to magiczne przeżycie. Wyspa przed Twoim przybyciem zostanie gruntownie wysprzątana z butelek i innych plastikowych śmieci, których tony pływają w oceanach i są wyrzucane na plaże podczas sztormu. A gdy Ci się już znudzi spacerowanie, leżenie na przemian z piciem, możesz odwiedzić dyskotekę. Na bezludnej wyspie?! Taak, niektóre miejsca mają i taką atrakcję. W końcu klient-podróżnik, nasz Pan! 3250$ i Wilson Island jest cała Twoja. Na dobę.

A Ty? Nie mając świadomości, jak wyglądają kulisy takiego wypoczynku (albo woląc tej świadomości nie mieć) idziesz w to. Dorastając, poznając świat nie miałeś nawet okazji samodzielnie zdefiniować pojęcia „raju”, krzykliwe reklamy i kolorowe foldery Itaki czy innego Neckermanna w tym Cię wyręczyły.

 

Wilson Island.
Źródło: www.trover.com

Wyspa śmieci – senny koszmar

A teraz druga strona medalu. Malediwy – zastanów się, z czym kojarzy Ci się nazwa tego archipelagu? Wiesz, że to nie tylko raj z bielutkim piaskiem i palmami? Długa na 7 kilometrów wyspa Thilafushi to przykład degradacyjnego oddziaływania człowieka (także masowej turystyki) na środowisko naturalne. Stworzono ją sztucznie na środku oceanu – od początku z przeznaczeniem na wysypisko śmieci w obliczu narastającego problemu nadmiaru odpadów w stołecznym Malé. Czarterowe samoloty, wioząc kolejne dostawy turystów do ekskluzywnych domków nad wodą specjalnie obierają taką trasę, by śmierdzącej wyspy nie było widać z okien. Fakt, Thilafushi to kiepski marketing, choć podejrzewam, że podobnie jak Wilson Island jest niezamieszkała.

 

Źródło: fakty.interia.pl 


Trudy prawdziwego podróżowania

Jakiś czas temu brałem udział w ciekawej prelekcji na Uniwersytecie Warszawskim. Doktor Jerzy Majcherczyk, zakochany od lat w Ameryce Południowej, wspominał trudy spływu kajakami przez kanion Rio Colca w peruwiańskich Andach. To był 1981 rok – wyobrażacie sobie jak w tamtych czasach wyglądało podróżowanie? Bez GPS-ów, ultralekkich plecaków, porządnych filtrów wody i powszechnie dostępnego sprzętu i odzieży outdoorowej? Mało tego – dr Majcherczyka uznaje się za odkrywcę tego kanionu – podczas wyprawy ekipa musiała polegać wyłącznie na prostych mapach i wiedzy zdobytej na miejscu. Po szczęśliwym zakończeniu spływu informacja o sukcesie Polaków szybko obiegła świat –  wymagającą ekspedycję przyrównywano nawet do zdobywania Mount Everestu. Już trzy lata później wyczyn został wpisany do księgi rekordów Guinessa.

Pana Jerzego bez wahania można nazwać podróżnikiem…  jeśli nie bohaterem.

Źródło: lima.msz.gov.pl

 

Trudny podróżowania dzisiaj

Obecnie mamy trochę łatwiej. W pierwszym lepszym Decathlonie czy sklepie internetowym zaopatrzymy się we wcale niedrogi sprzęt, który ułatwi podróżowanie na własną rękę. W czasach, gdy pierwszy świat, w którym żyjemy, opływa w dobra materialne, problemem może stać się który namiot, śpiwór czy kuchenkę gazową wybrać, spośród setek dostępnych.

Przyznam, że żyjemy w trudnych czasach pokus. Mnogość tanich połączeń lotniczych i właściwie nieograniczona dostępność kierunków sprawia, że na kuli ziemskiej zaczyna brakować dzikich miejsc, w które jeszcze nie dotarła masowa turystyka. Coraz mniej rzek, dolin i kanionów, w których można by zrealizować ekspedycję na miarę spływu kanionem Colca. 

Nie ma żelaznej kurtyny, którą pamiętają jeszcze moi rodzice. Świat jest w zasadzie na wyciągnięcie ręki. W związku z tą łatwością nie ma co się dziwić, że teraz właściwie każdy chce podróżować – poznać nowe kultury, zobaczyć ciekawe miejsca, spróbować smaków nieznanej kuchni. Niestety – nie każdy powinien. Podróżowanie z sensem współcześnie stało się coraz rzadziej spotykaną wartością.

Pomyślicie – wyjazdy all inclusive! = największa zaraza. Znane i wielokrotnie przytaczane w mediach przykłady roszczeniowego zachowania tzw. turystów wypoczynkowych przeszły już chyba do historii. I nie mówię tu tylko o cebulactwie Polaków. Tacy, zamknięci w hotelach turyści, są stosunkowo niegroźni dla degradacji lokalnej kultury – gorzej z tymi, którzy wchodzą w interakcje z miejscowymi, nie wiedząc, jak należy to robić. Czyli bez poszanowania dla drugiego człowieka, czując się jak w muzeum tudzież skansenie (szczególnie zauważalne w krajach słabiej rozwiniętych). Szpanowanie kasą, podchodzenie do miejscowych z wyższością, roszczeniowe podejście na zasadzie „płacę = żądam” to turystyczna mentalność zauważalna w Gruzji, Albanii, Etiopii, Ukrainie czy na Kubie – której społeczeństwo nie doświadczyło do tej pory na tak szeroką skalę.

Skąd czerpiemy takie wzorce? Czy upowszechnienie się turystyki dało nam prawo do takich wymagań i kaprysów? Nie spędzam zbyt dużo czasu przed telewizorem (toteż nie zamierzam poświęcić kilku akapitów wieszając psy na podróżniczych programach), jednak ogólny charakter współczesnych programów obniża poziom poniżej zera. Coraz mniej reportaży pokazujących świat taki, jaki jest, bez próby podejmowania oceny kultury, której nie znamy (prekursorem tej metody jest Martyna Wojciechowska, którą bardzo cenię i szanuję), a coraz więcej drwin i wywyższania się na tle innych od nas, co wyraźnie pokazuje choćby Wojciech Cejrowski. Nie wspominając o „hitach” TVN, jak choćby „Iron Majdan”, gdzie przez pół odcinka widzowie muszą znosić narzekanie bohaterów, jak to na Islandii jest zimno, a spanie w namiocie w deszczu przyrównywane jest do heroicznego wyczynu. Jeżeli przesadziłem zbyt szybko oceniając ten program – proszę, poprawcie mnie – obejrzałem tylko ten jeden odcinek z Islandii – chciałem porównać do swoich wrażeń. Więcej już nie dałem rady.


Iron Majdan. Małgorzata Rozenek uratowała sytuację.
Źródło: ironmajdan.tvn.pl

 

Autentyczność vs wszystko na sprzedaż

Słońce paliło tak mocno, że normalnie niewyróbka. Całe szczęście, że zabrałem z Polski doskonałe okulary firmy Hilfy Tommiger. Opływowy kształt, doskonała jakość połączona z nienagannym lookiem. One pozwoliły mi przetrwać spiekotę na Teneryfie.

Czytając przypadkowe artykuły i relacje z podróży – czy tylko ja mam wrażenie, że więcej w nich narzekania, lokowania produktu i nierzeczywistych problemów niż obiektywnych, praktycznych informacji i lokalnych ciekawostek? No, weźmy do ręki pierwszy z brzegu, pseudopodróżniczy magazyn, ilustrowany przejaskrawionym zdjęciem na okładce. Przeczytawszy artykuł, zaczynający się od tekstu podobnego do powyższego, zastanawiam się, czego ja się właściwie dowiedziałem? Nakarmiono mnie pięknymi widokami, rozbudzono marzenia o doskonałych wakacjach… tylko ile to ma wspólnego z tym, jak w danym miejscu naprawdę ludzie żyją i jak podróżują?

Podświadomie zapamiętasz te modne okulary. Wejdą Ci głęboko w świadomość i będą kojarzyć się dobrze, bo leżą na nosie wylansowanego kolesia, pozującego na tle wulkanu Teide. Ludzie lubią kojarzyć markę z czymś przyjemnym, a karmieni sponsoringiem influencerzy o tym wiedzą.


Zdeptana godność to cena promocji

Odpowiednio wyeksponowane cycki, równo wyregulowane brwi, obowiązkowy dziubek. Podpis ‚takie tam na Zakhyntos’, tudzież ‚ja majówkę spędzam tak! ‚

Czasem jeszcze gorsze są zdjęcia, na których brakuje autora. W jego zastępstwie może się pojawić… np. murzynka, karmiąca swoje dziecko piersią w Gambii. Widziałem z miesiąc temu na jednej z podróżniczych grup. Ciekawe, czy zgodziła się na wykonanie takiego zdjęcia. Autor zebrał opieprz, niemniej nachodzi refleksja –  czy jest coś, przed czym się cofniemy by zaistnieć?

W ostatnich latach nastąpił istny wysyp blogów podróżniczych. Każdy chce się wypromować, pokazać coś, co widział od nietypowej strony, przetrzeć nową ścieżkę. Ja też – w końcu prowadzę bloga już 2,5 roku, a nadal nie znajduję się w TOP 10 polskich blogerów podróżniczych (no jak to!!) 😀 może tym wątkiem sam sobie strzelam w stopę, ale ten czas nauczył mnie reporterskiej pokory. Zdarzało się, że błądziłem, pisałem jak nie ja, znajdą się też  (o zgrozo) wpisy typu „10 miejsc, które warto zobaczyć w… „.

Jednak finalnie chcę pozostać sobą i nie pisać pod publikę. Pewnie nie zdobędę tym sposobem zbyt szybko upragnionej popularności, ale…  czy warto dla niej tracić własną twarz?

Jak się czujesz, gdy pojedziesz do miejscowości, polecanej przez kilka przewodników, a na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie jak na kolorowych zdjęciach? Zamiast długiego pomostu wchodzącego w lazurową zatokę – byle jak zbita z desek kładka nad śmierdzącym zdechłymi rybami, zaglonionym bajorem? Hmm…  podejrzewam, że każdy z nas choć raz się w ten sposób zawiódł. Dlatego przyjąłem sobie za cel nie głosić herezji.

Pozowanie do zdjęć w modnych ciuchach lub dodatkach na tle majestatycznych widoków stało się już standardem. Popularniejsze szczyty czy punkty widokowe posiadają niekiedy wypożyczalnie kurtek, szalików czy innych pierdół, przeznaczonych specjalnie do selfie! I nagle następuje ten moment. Robisz sobie zdjęcie, wrzucasz… podliczasz serduszka. Szybko zapominasz o pięknych widokach, być może nawet dokładnie się nie przyjrzałeś, na tle czego robisz sobie zdjęcie…


Jak się przebić przez warstwę lukru

Nie namawiam do hejtu, ale do otwarcia szerzej oczu. Nie wszystko co ładnie wygląda w internecie, takie właśnie jest. Powszechne praktyki manipulowania kadrem, obróbka w programach graficznych i trudność w osobistej weryfikacji słów autora sprawia, że można nam wmówić właściwie wszystko.

Zastanówmy się, ile naszych podróżniczych marzeń wypływa z rzeczywistych pragnień, a ile z podpatrzonych zdjęć na facebooku. Szukajmy autentyczności, nie bójmy się iść własną drogą, nawet jeśli otoczenie nas zniechęca i straszy.

W tekście użyłem mocnego języka nie dlatego, bo uważam, że zjadłem wszystkie rozumy – ale by podzielić się z Tobą swoimi spostrzeżeniami i nakłonić do refleksji. Nie bezpodstawny hejt, a potrzebę krytyki i pokory chciałbym Ci przekazać.

Spróbujmy wszyscy nauczyć się odróżniać ułudę od rzeczywistości. Niech każda podróż poszerza horyzonty i niesie za sobą coś produktywnego, a zarazem wszędzie gdzie jesteśmy, zostawiajmy po sobie dobre wrażenie. A gdy wrócimy, dzielmy się z bliskimi tym, jak faktycznie było, nie kolorując nadmiernie wspomnień. Świat nie jest cukierkowy, ale jednocześnie nie należy się go bać.

Cieszę się, że dobrnąłeś do końca artykułu – podziel się swoją opinią w komentarzu, jestem jej bardzo ciekawy 🙂

 

Zobacz także:

Turysta z Europy ma worek pieniędzy
Kirgistan: Gulnara, lokalny dobroczyńca
Gruzja: kolejki linowe z czasów stalinowskich wciąż wożą ludzi

19 komentarzy do wpisu „<b>Dzisiejsze podróżowanie to pusta propaganda sukcesu</b>”

  1. Pięknie 👏 tekst niezwykle trafny i wbijający klin w aktualne trendy współczesności. Najpiękniejsze zakątki świata zwykle dostrzega się przy okazji podążania do celów wcześniej nakreślonych czy to przez przewodniki turystyczne, czy też poleconych przez znajomych. Wiele razy doświadczyłam magii podróżowania, gdzie zanim osiągnęłam punkt docelowy docierałam do miejsc, o których nikt wcześniej nie napisał, nie powiedział, a których niezwykłość powalała na kolana. Największym szczęściem dla mnie w podróżowaniu jest nie tylko karmienie oczu wizualną stroną świata ale poznawanie ludzi, albo tych napotykanych na mej drodze albo tych, z którymi dane mi jest podróżować.

    • Dziękuję za podzielenie się opinią. Mnie dotarcie do sensu podróżowania (ludzi) zajęło… żeby nie skłamać, z 7 lat. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, że to autochtoni są najważniejsi. Przecież to właśnie oni stworzyli przestrzeń, w której się poruszam i zabytki, które zwiedzam. I, masz całkowitą rację – nie warto się nastawiać wyłącznie na te przewodnikowe miejsca, bo łatwo pominąć to, co po drodze. Pozdrawiam!

  2. ten artykuł to takie nowomodne p…lenie o Chopinie,.Jest sporo ludzi , którzy jeżdżą w mniej i bardziej dostępne strony, blisko i daleko., na własną rękę, po to aby poczuć i zobaczyć nowe miejsca,coś przeżyć, poznać nowe kultury i żyjących inaczej ludzi. Niekoniecznie w okularach firmy Osram (lub innej). Ten pan w „boso i na ostro’ to ma gdzieś inne kultury, czuje się bożkiem, nic nie wnosi nowego (no może niewiele, o ile ogląda się go, a nie słucha).Pani Martyna W, niby niezła, nie ocenia, ale gdy zobaczyłam jej fotkę z wielkimi walizami na kolkach też zwątpiłam w nią. W końcu produkuje, aby sprzedać!
    Mam prawie 59 lat i 105 krajów „na koncie”, nadal jeżdżę z plecakiem, idę tam gdzie nogi i oczy poniosą. Zaczęłam tak naprawdę 11 lat temu. Nigdy nie zapomnę np. wyprawy do Wameny (Indonezja), gdzie swego rodzaju dziwadłami dla miejscowych, którzy powiedzieli, że jako jedni z niewielu spróbowali ich kuchni (zielsko na parze), a mad ognisko ściągali miejscowi z okolicznych wiosek. Są i inne wspomnienia!

    • Nigdzie w tekście nie stwierdziłem, że ten negatywny trend dotyczy wszystkich podróżujących. Też w różnych miejscach na świecie spotkałem mnóstwo wspaniałych, ciekawych ludzi z pasją i nastawionych na poznawanie ludzi. Na szczęście – daleko jeszcze nam do równi pochyłej 😉 Pozdrawiam

    • Ogólnie się zgadzam. Trochę inaczej oceniam „tego pana”. Czytałem o zjawisku występującym w kulturze/zachowaniach społecznych w niektórych krajach Am. Płd. (i doświadczyłem tego na sobie w kulturze polskich robotników), polegającym na istnieniu dość mocnej, hmm, „hierarchii dziobania”. Czytaj – albo jesteś wymagającym i przeciętnie mało miłym gościem, albo cię lekceważą. Jako kobieta mogłaś pewnie tego nie dostrzec w swoich podróżach.

  3. Zgadzam sie w 100%, wszystko sztuczne napompowane. Czytajac blogi podroznicze (wycieczkowe?) mozemy natknac sie na super zdjecia pewnych miejsc, ze to jest oczywiscie MUST SEE itd. itp. Czesto jest to bardzo przesadzone, przyklad z mojego zycia to Czekoladowe Wzgorza na wyspie Bohol na Filipinach (w sumie to cala wyspa Bohol), gdzie doslownie spedzasz 30 minut. Normalnie oszustwo 🙂 Ale wszedzie zobaczysz ze jest to cos unikatowego na skale swiatowa. Szczerze ? Fajniejsze sa polskie Karkonosze 🙂

    • Niestety takich miejsc jest coraz więcej – warto przed wyjazdem do atrakcji typu ‚must see’ przeczytać opinie z kilku niezależnych źródeł. Np blogów – choć z ich niezależnością też różnie bywa 😉 pozdrawiam

  4. Witaj. Trudno się z tobą nie zgodzić. W dzisiejszych czasach gdzie tak łatwo znaleźć się w samolocie a za chwilę na drugim końcu świata słowo podróż często bywa nadużyciem. Ale jest bardzo modne i czesto używane.
    Nie mam zamiaru nikogo pouczać ale często czytając jakieś pseudo artykuły z np wyjazdu autokarowego do Chorwacji gdzie autor opisuje się mianem wielkiego podróżnika przechodzą mnie ciarki po plecach.
    Dla mnie podróż to jednak kontakt z człowiekiem jakaś forma odkrywania świata samemu. I tak właściwie staram się podróżować.
    Pozdrawiam

    • Takiego podejścia trzeba się nauczyć, mnie samemu zajęło to kilka lat. Dla kogoś indywidualnie nawet wyjazd autokarem do Chorwacji może być wyjątkowym przeżyciem – grunt, to nie wywyższaćc się tym. Pozdrawiam 🙂

  5. Artykul – bardzo subiektywny. Czlowieka ktory widac ma problemy ze samym soba / ustosunkowaniem sie do 22 wieku. Sam – majac w linku – gdziekosponiesie 😉

    Wiadomo ze turystyka zmienila sie – a jest to spowodowane faktem ze wiecej ludzi stac / jest tansze. Nie jest juz zarezerwowane tylko. Dla garstki ludzi ktorzy moga porzucic wszystko i jechac gdzies na kilka lat lub dla bogaczy.

    Rozumiem ze tworca artykulu uwaza sie za kogos lepszego od pana Jurka z bloku, ktory charuje jak wol i wydaje 4 miesieczna wyplate zeby zabrac swoja rodzine na wakacje na 2 tygodnie do Chorwacji.

    Smutne to.

    • Z całym szacunkiem… znasz mnie, że wiesz, z czym mam problem? Pewnie, że turystyka się zmieniła i zmieniać będzie – w artykule opisałem negatywne aspekty tego zjawiska co nie znaczy, że nie ma pozytywnych.

      Przykład z panem Jurkiem mało trafny, skąd wysnułeś taki wniosek?

  6. ja od zawsze wiedziałam czym się różni podróżowanie od turystyki ale rosłam w czasach kiedy było trudne i jedno i drugie a światopogląd kreowała „kawiarenka pod globusem” i pani Dzikowska nawet jeszcze bez A.Halika. Mój tata z pasją błądził palcem po mapach i czytał książki podróżnicze a ja nawet jak jeszcze tego nie czytałam to już słuchałam. Dla mnie zawsze na pierwszym miejscu był szacunek dla tubylców ich wiary, obyczajów i kultury. Nienawidzę wręcz tych wszystkich, którzy wtykają swój obiektyw wszędzie gdzie popadnie tłumacząc to „pasją zapisania wszystkiego co ciekawe” nie bacząc na to że to komuś przeszkadza lub krępuje. Coś trzeba zawsze zostawić tylko wspomnieniom … Wiem że świat się zmienił i podróżować jest łatwiej ale szacunek powinien pozostać dla tych u których jesteśmy gośćmi. Wielu zaś nazywa się podróżnikami wyjeżdżając na 2 tygodnie do Chorwacji- z całym szacunkiem ale to przesada. Na fb nawet nie chce mi się komentować postów takich ludzi. Te śmieszne blogi podróżnicze ludzi którzy ledwie co liznęli świata oglądając go głównie zza szyb autobusu … Zjeździłam już pół świata a w życiu nie nazwałabym się podróżnikiem bo ja tylko czasami bywam na czymś co można by nazwać prawie wyprawą, wyprawa i prawdziwa podróż jest wtedy gdy dotykamy prawdy o miejscu i ludziach i naprawdę poznajemy tamten świat. To jest dane nielicznym.

  7. Pytanie tylko gdzie jest granica tej autentyczności? Piszesz np. o „manipulowaniu kadrem”, ale przecież jest mnóstwo sytuacji, gdy trudno fotografią oddać prawdziwy obraz danego miejsca. To co widzisz na żywo jest złożeniem wielu obrazów, z czego większość na statycznym obrazie będzie wyglądała słabo i zwyczajnie nieadekwatnie do tego co widzisz i czujesz. Dlatego też czasem szukasz odpowiedniego kadru, kombinujesz – nie po to by fałszować rzeczywistość, ale właśnie by ją lepiej oddać. Możesz chcesz się podzielić z innymi radością danego doświadczenia czy choćby zrobić pamiątkę dla siebie, taką „kotwicę” pamięci – nie każda fotka z podróży jest złem wcielonym 🙂 Poza tym zawsze będą sytuacje, gdy coś opisywane jako „niezwykłe” czy „przepiękne”, obfotografowane przez miliony z każdej strony, nie zrobi na Tobie spodziewanego wrażenia. Bo pogoda nie taka, inny nastrój, inni ludzie, itd. Czy to oznacza, że zostałeś oszukany? A może właśnie to Ty miałeś problem z „dotarciem” do urody tego miejsca? Może właśnie trzeba było trochę dodatkowego wysiłku, który wkładasz, gdyż inni obiecywali Ci szczególne doznania? Przyznaję, że w moim przypadku czasem to działa.

    • Trafne uwagi. Absolutnie nie uważam, że każde zdjęcie atrakcji turystycznej jest złe. We wpisie miałem na myśli bardziej świadomie stosowane narzędzia marketingowe (np. przez biura podroży). Ciężko określić jasną granicę autentyczności – myślę, że się nie da i nie chcę tego robić.

      Nie czuję się zawsze oszukiwany, gdy dana sztampowa atrakcja nie spełni moich oczekiwań, jednak zdarzały się takie sytuacje.

      Pozdrawiam 🙂

  8. Ale co tu porównywać plaże pod palmami ze składaniem w pośpiechu sianem przygodnie spotkanym po drodze staruszkom czy smakiem pajdy chleba własnego wypieku z białym serem otrzymanym w podzięce za tą pomoc .Po latach zapamiętałem smak tego chleba .

  9. Każdy podróżuje jak lubi. Mnie na przykład ‚zrobił’ się blog podróżniczy, bo opisuję wyjazdy w służbowe delegacje. Taka forma taniego podróżowania. Firma opłaca przelot, hotel itp. A mnie się z reguły uda wyrwać wolne popołudnie.
    Dzięki temu odkryłem że wszędzie jest coś do zobaczenia. Nie palmy, nie plaże, nie najwyższy budynek świata.
    Za to jaskinia, sztuczny zalew na którym lokalsi śmigają żaglówkami, kawałek ogrodzenia z czasów komuny, bezpańskie psy w centrum miasta, spożywczak na osiedlu w Jaworznie, stadion w Bukowanie, kajaki w Bydgoszczy i tego typu atrakcje.
    Różne są metody podróżowania, i najlepiej po prostu znaleźć swoją.

  10. Smutne przemyślenia, lecz prawdziwe – to samo można by powiedzieć o wielu dzisiejszych dziedzinach życia. Mnie chyba bardziej irytuje upowszechnienie dostępu do fotografii, która przez ostatnie dwie dekady stała się medium wykorzystywanym przez każdego – zwykle bez jakiegokolwiek logicznego powodu i uzasadnienia…

    Problem, który poruszasz dla mnie stanowi często czynnik zniechęcający do jakichkolwiek dalszych podróży (te bliższe są konieczne do zachowania silnej łydy ;P). Gdyż jakiejkolwiek destynacji bym nie wymyślił ktoś był tam już przede mną. Ba! nacykał pierdyliard zdjęć i nagrał video na TikTok’u, a potem wszystko otagował i wrzucił do sieci. Mam jechać w to samo miejsce? To jak zdobywanie Mount Everest po raz tysięczny, dla odmiany z opaską na oczach, w japonkach i gopro na czole – owszem, można, tylko po co?

    • Też mam takie przemyślenia a propos odwiedzania „nowych” miejsc. Tłumaczę sobie wtedy, że wszędzie kiedyś ktoś był, choć wówczas nie chwalono się tak szeroko swoimi wycieczkami w necie. Stąd wrażenie, że jesteśmy odkrywcami 😉 pozdrawiam!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Close