Prypeć i Czarnobyl – czy warto tu przyjechać na 1 dzień?

Prypeć i Czarnobyl – czy warto tu przyjechać na 1 dzień?

Katastrofa z 1986 roku wstrząsnęła całym światem. Niedawno wyemitowany serial „Czarnobyl” jakoby przypomniał o wybuchu reaktora w elektrowni jądrowej; ponownie wróciliśmy do analizy tragicznych wydarzeń tamtych dni. Nie trzeba było długo czekać, aż nastąpi boom – tym razem turystyczny. Każdy chce zobaczyć na własne oczy sarkofag zasłaniający reaktor nr IV, odwiedzić opuszczone miasto Prypeć, stanąć przed obdrapanym diabelskim młynem niezamieszkałego miasta. Jeszcze przed emisją bijącego rekordy oglądalności serialu, znaleźliśmy się tam i my. Czy jednodniowa wycieczka po Czarnobylu i Prypeci może choć trochę ukazać ogrom tragedii sprzed ponad trzydziestu lat? Czy dostrzeżemy jej skutki, czy będzie chwila na zadumę? Czy zdążymy odwiedzić najbardziej interesujące miejsca? 

Czarnobyl i Prypeć w jeden dzień. Czy warto?

O Prypeci i Czarnobylskiej Zonie miało w ogóle nie być wpisu. Byliśmy tam jeden dzień – czy w takim czasie jesteśmy w stanie poznać to miejsce, wczuć się w klimat tragedii, która się tam wydarzyła, dojść do jakiejś głębszej, długofalowej refleksji? Absolutnie.

Czy warto więc w ogóle uczestniczyć w jednodniowej wycieczce, która z założenia wydaje się być gonitwą i odhaczaniem doskonale znanych miejsc ze zdjęć i historii?

Byłem sceptycznie nastawiony. Szczerze? Głupio mi było w ogóle brać w tym udział. Oto zostaliśmy usadzeni w busie z turystami z całego świata, dla których wybuch reaktora nr IV to niczym nie wyróżniająca się, jedna z wielu światowych, medialnych katastrof. Dostają w łapki liczniki Geigera, by w drodze powrotnej na certyfikatach wpisać sobie w specjalnej rubryczce ilość przyjętego promieniowania. Dobra zabawa, co?

Ale nie, nie będę tu hejtował i pochylał się zbytnio nad jarmarcznym kiczem i brakiem szacunku dla czarnobylskiej tragedii. Wbrew moim obawom, wcale nie było go dużo.

Chciałem nie powielać tematu, tworząc tysięczną relację z pobytu w Czarnobylu – pełno ich w internecie. Właściwie, oglądając popularne z tego miejsca vlogi, można poznać każdy zakamarek, do którego my, mając do dyspozycji paręnaście godzin, nie mieliśmy szans dotrzeć. Swoim marnym doświadczeniem nie wniósłbym nic. Jednak spodziewam się, że część z Was nie interesuje się tematem aż tak mocno, by poświęcić tydzień na eksplorację tego wyjątkowego miejsca. W ofertach biur podróży (Strefę można zwiedzić wyłącznie w zorganizowanej grupie) są wycieczki jedno, dwu, trzydniowe. Czy ta najkrótsza w ogóle ma sens?

Zacznijmy od początku.

Jeśli chcesz zarezerwować oryginalny nocleg na Ukrainie, możesz założyć konto na portalu Airbnb korzystając z mojego linku. Otrzymasz zniżkę 100 zł na pierwszą rezerwację, a ja drobną prowizję za polecenie 🙂

 


7:45 (Kijów)

Nasz bus wypełnia się ludźmi. Jest dwóch Białorusinów, kilku Amerykanów, Anglik i trójka Polaków. Do tego ja, Kasia i nasz przewodnik Igor, władający w kilkoma językami (w tym polskim!). Ruszamy z centrum Kijowa, za półtorej godziny czeka nas pierwsza kontrola na wjeździe do Strefy. W czasie przejazdu po wyboistych, ukraińskich drogach Igor opowiada płynną angielszczyzną o katastrofie, co się działo z okolicą po wybuchu oraz jak Strefa wygląda teraz. Przedstawia zasady poruszania się, zaleca nie odkrywać ramion i nóg, nie dotykać żadnych urządzeń w opuszczonych pomieszczeniach oraz nie siadać i nie kłaść się na ziemi.

Spokojnie udziela odpowiedzi na liczne pytania upierdliwego Amerykanina, po czym włącza dobrze znany film „Bitwa o Czarnobyl”, dający pigułkę niezbędnej, rzeczowej wiedzy o katastrofie.

Plan naszej wycieczki otrzymujemy w formie certyfikatu 😉 Żółtą linią oznaczono trasę jednodniowej wycieczki, pomarańczowa to obiekty odwiedzane podczas wycieczek kilkudniowych.

 

9:00 (Dytiatky)

Pierwszy punkt kontrolny. Wojskowi sprawdzają nasze paszporty, licencję przewodnika. Za szlaban wjadą tylko mieszkańcy przystrefowych terenów oraz osoby ze specjalną licencją. Zdobycie jej na własną rękę jest praktycznie niemożliwe, stąd monopol lokalnych biur podróży na ten kierunek.

Wszystko idzie szybko i gładko, chętni za niewielką opłatą wypożyczają sobie liczniki Geigera, mierzące miejscowo promieniowanie.

Oczekując na przejście kontroli możemy nabyć mniej lub bardziej kiczowate gadżety, związane z szeroko pojętą „radioaktywnością”. Poza tym kiosk oferuje kawę i drobne przekąski. Jest jedynym takim miejscem podczas wycieczki – w Strefie już nie pojawia się komercja. 

9:40 (Zalissya)

Krajobraz „za szlabanem” zmienia się – z rzadka pojawiające się zabudowania są w większości porzucone, szeroka droga, którą jedziemy jest prawie pusta i zarasta od pobocza. Zatrzymujemy się przy jednej z opuszczonych wsi. Do Zalissyi prowadzi wąska ścieżka, wydeptana pewne przez klientów naszego biura. Mamy 15 minut dla siebie – zaglądamy we wnętrza skrytych w gęstym lesie domów, odnajdujemy nieliczne pamiątki czasów komunizmu w pokojach. Jeśli ktoś z Was chodził już trochę po opuszczonych miejscach, nie poczuje tu dreszczyku emocji. Dlatego szybko wracamy do busa i czekamy na jedno z dań głównych.

Jeden z opuszczonych domów we wsi Zalissya.

10:45 (Radar Duga – Oko Moskwy)

Mijamy Czarnobyl, w którym wciąż, każdego dnia pracuje ponad 500 osób (!). To przede wszystkim naukowcy i pracownicy elektrowni, której część nadal funkcjonuje. Mieszkają w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów Sławutyczu. Do elektrowni jeszcze wrócimy – póki co, telepiąc się po betonowym, leśnym dukcie, zmierzamy w kierunku radaru Duga. Ta dochodząca do 135 metrów wysokości instalacja była radzieckim strategicznym radarem pozahoryzontalnym. Miała wykrywać nadlatujące nad ZSRR pociski balistyczne z USA, jednak działała tylko przez 18 lat, do 1989 roku. Co ciekawe, sami mieszkańcy nieodległej Prypeci nie mogli nawet pytać o potężną konstrukcję, wystającą ponad linię lasu i widoczną z balkonów mieszkań.

Dziś stalowe radary wciąż zaskakują rozmachem. Spędzamy w tym miejscu prawie godzinę, wracając przez zniszczone pomieszczenia sterowni.

Antybalistyczny radar wczesnego ostrzegania, to dwie ogromne konstrukcje, o szerokości 210 i 300 metrów. Jego zasięg – 3000 kilometrów. Imponujące? Pomyślcie sobie, że mieszkacie na 9-piętrze i macie z balkonu widok na coś takiego. A nawet nie wiecie, co to jest – ściśle tajne. 

Niegdyś śmiałkowie wdrapywali się na szczyt Dugi. Dziś drabiny są pourywane.

W drodze powrotnej idziemy długim korytarzem. Tędy biegły wiązki kabli zasilających, a w bocznych pomieszczeniach znajdowała się sterownia.

W tajnej bazie były też obiekty mieszkalne, drobne usługi. Między innymi warsztat, w którym na ścianach ostały się schematy budowy silników czterosuwowych. A na zardzewiałym drucie ktoś powiesił radziecką rejestrację. 

12:00 (Przedszkole)

W drodze powrotnej do Czarnobyla robimy krótki przystanek w opuszczonym przedszkolu. Rząd zardzewiałych łóżek, przykurzone zabawki na półkach, rowerek bez kół i fotogenicznie ustawione lalki – to miejsce robi wrażenie. W jednej sali na tablicy jest wypisany temat lekcji, na ławkach otwarte zeszyty. Budynek, pozostawiony samemu sobie jest w zaawansowanym stanie rozkładu – wilgoć i brak szyb w oknach sprzyjają rozwojowi grzyba na suficie i łuszczeniu się farby ścian.

W okolicach wejścia do budynku, nie wiedzieć czemu liczniki Geigera wskazują bardzo wysoką wartość promieniowania. Być może pod ziemią ukryto jakieś mocno napromieniowane przedmioty (np. ubrania likwidatorów)? Spędzenie w tym miejscu kilku godzin mogłoby zaszkodzić zdrowiu.

Wśród fanów opuszczonych miejsc dość popularnym „sportem” jest umieszczanie różnych przedmiotów w charakterystycznych miejscach, co ma podkreślić klimat. Na przykład upiorna laleczka bez gałek ocznych na łóżku, otwarte zeszyty na ławkach w szkolnej klasie czy ostry skalpel na stole operacyjnym w zamkniętym szpitalu. Przy okazji zapraszam na blogowego Instagrama, gdzie znajdziecie więcej zdjęć z Ukrainy i nie tylko!

Przedszkole to właśnie jedno z takich miejsc. 

Ogromne poruszenie wśród zwiedzających – licznik wykrył coś niepokojącego. 

12:45 (Obiad w Czarnobylu)

Posiłek jemy w lokalnej stołówce (jedynej w mieście) wraz z miejscowymi pracownikami. Przed wejściem przechodzimy kontrolę promieniowania w starej, radzieckiej maszynie. Gdy zaświeci się lampka z napisem „czisto”, śmiało można lecieć na obiad. Krupnik, pierś z kurczaka z kluskami, bukiet surówek, ciastko i szklanka soku – wszystko jakby w tym samym smaku. Przypominają się czasy dzieciństwa i szkolnej stołówki 😉

Cieszymy się, że jemy posiłek tak samo, jak miejscowi pracownicy. 

Siermiężne maszyny badające napromieniowanie organizmu zdają się być tylko atrakcją dla turystów – jednak pracownicy również muszą poddać się kontroli.

13:45 (Reaktor nr IV)

Przechodzimy kontrolę w Leliv. Za tym punktem znajdujemy się w strefie 10 km od wybuchu. Obszar jest całkowicie (oficjalnie) niezamieszkały i prawdopodobnie już na zawsze pozostanie smutnym skansenem czarnobylskiej tragedii. Po lewej mijamy skręt na Kopachi – wielkie cmentarzysko wraków. Samochody, ciężarówki, koparki, autobusy – cały napromieniowany sprzęt, biorący udział w likwidowaniu katastrofy, stoi zardzewiały w środku Strefy i wrasta w ziemię.

Niechybnie zmierzamy w stronę Prypeci. Wpierw podjeżdżamy pod elektrownię – ogromny sarkofag, od trzech lat przykrywający miejsce radioaktywnej katastrofy, jeszcze pachnie nowością. Choć stoimy oko w oko z elektrownią, promieniowanie w tym miejscu jest znikome. Przewodnik Igor, stojąc przy symbolicznym pomniku ku czci bohaterów poległych w walce z likwidacją katastrofy, opowiada o działaniach, mających zminimalizować skażenie środowiska. Bez zająknięcia punktuje rażące zaniedbania poczynione przed katastrofą, ukrywanie skutków zabójczego promieniowania przed mieszkańcami oraz wspomina o ofiarach, których nigdy oficjalnie nie policzono.

Puszcza w obieg kilka zdjęć, ukazujących elektrownię w trakcie pracy oraz przed postawieniem ochronnego sarkofagu.

14:15 (Prypeć)

Na to czekaliśmy. Przechodząc ostatnią kontrolę mijamy rogatki miasta – widma, pełniącego funkcję sypialni pracowników elektrowni jądrowej. Prypeć powstała w 1970 roku, i przez kilkanaście lat dawała dom 50-tysiącom obywateli. Zbudowano ją jako miasto nowoczesne i wzorcowe – szerokie prospekty, dużo zieleni, place, parki, kina, kawiarnie. Stadion piłkarski, sale sportowe, baseny, jezioro z promenadą. Tu musiało żyć się cudownie, co zresztą widać na licznych zdjęciach, które pokazuje Igor. Mamy porównanie widoku z „dawniej” do „teraz”, gdy natura bezlitośnie pochłania każdy skrawek zurbanizowanego terenu.

Przez dwie godziny udaje nam się odwiedzić jedynie kilka charakterystycznych miejsc Prypeci. Podczas jednodniowej wycieczki nie mamy czasu wejść na dach żadnego z budynków, by ujrzeć opuszczoną Prypeć z góry. Zaglądamy do sal gimnastycznych, na targ, główny plac z socrealistycznymi gmachami domu kultury Energetyk i hotelu Polesie. Idziemy na stadion piłkarski, na pozostałości promenady nad jeziorem i do parku rozrywki, by ujrzeć diabelski młyn i kręcącą się na wietrze karuzelę. Przechodzimy koło szpitala, w którego piwnicach odnotowuje się najwyższe dawki promieniowania, ze względu na pozostawienie tam kombinezonów strażaków, biorących udział w likwidacji skutków wybuchu. Przebywanie wśród tak mocno napromieniowanych przedmiotów przez dłuższy czas (np. tydzień) doprowadziłoby do nieodwracalnych skutków zdrowotnych, a nawet do śmierci. Wciąż!

Betonowy witacz, jakich wiele na Ukrainie. W przeciwieństwie do większości, ten przed Prypecią prezentuje się całkiem nieźle. 

Saturatory z wodą gazowaną, u stóp byłej restauracji nad jeziorem, jeszcze się ostały. 

Jedna z dwóch odwiedzonych przez nas sal gimnastycznych. 

Hotel „Polesie” to strategiczny punkt na mapie Prypeci. 

…podobnie, jak dom kultury „Energetyk”. Na tym placu musiało tętnić życie tego wzorcowego miasta. Dziś coraz śmielej rozrasta się tu roślinność.

Targ w Prypeci mieścił się pod dachem. Wciąż wyraźne są pozostałości stoisk, lady, lodówki… i napisy poszczególnych działów. W tej chwili znajdujemy się w sekcji mięsnej. 

„Przed” i „po”. Blok z prawej strony zdjęcia nadal istnieje, trzeba go tylko dłużej poszukać między drzewami. 

Park rozrywki to najczęściej fotografowane miejsce w Prypeci. Teraz już wiem, dlaczego. 

Stadion piłkarski. Butwiejące ławki zaczynają znikać pod mchem, na dawnej murawie rosną już kilkumetrowe brzozy. 

Szpital miejski – jego piwnice wciąż wykazują bardzo silne promieniowanie. 

Basen olimpijski. Fajnie się musiało skakać stąd na główkę. 

17:00 (wracamy)

Po „daniu głównym” w postaci miasta Prypeć ruszamy w drogę powrotną w stronę Kijowa, zatrzymując się jeszcze kilkukrotnie w Strefie przy pomnikach pamięci. Na Ditiatkach oddajemy liczniki Geigera, a Igor w specjalnych certyfikatach wpisuje każdemu, ile przyjął w dzisiejszym dniu promieniowania (w żadnym przypadku wartości nie przekraczały tyle, ile przyjmujemy podczas godzinnego lotu samolotem).


Strefa w jeden dzień

Opisana wyżej wycieczka odbyła się w maju 2019.

Interesujących miejsc w Strefie Czarnobylskiej jest tak dużo, że nie sposób odwiedzić wszystkich, mając do dyspozycji nawet kilka dni. Przy wycieczce jednodniowej trasa ograniczana jest do minimum – nie wchodzimy na dachy budynków ani do sterowni felernego reaktora elektrowni (ponoć już niebawem ten punkt będzie obligatoryjny przy kilkudniowych wycieczkach), omijamy cmentarzysko pojazdów w Kopachi, a Prypeć zwiedzamy nieco „po łebkach”.

Jednak po tych kilkunastu godzinach wróciliśmy bardzo usatysfakcjonowani. Solidna dawka informacji, właściwie rozplanowany harmonogram i kontakt z przewodnikiem, który doskonale znał teren sprawiły, że wyciągnęliśmy z odwiedzonych miejsc pełną esencję. Chociaż nigdy nie przepadaliśmy za zorganizowanymi tripami, do Strefy nie da się inaczej dostać, jak przez biuro podróży… nasze sceptyczne nastawienie szybko minęło, dzięki profesjonalnej organizacji. A zaznaczam, że zadowolić nas niełatwo – zwiedziliśmy już kilka opuszczonych miejsc w swoim życiu i wiemy, jak można je nieciekawie pokazać 😉

Niestety wizyta w Czarnobylu i Prypeci nie jest tania (od 99$ za jednodniową wycieczkę / osoba). My, w trakcie naszej podróży Ładą przez Ukrainę, zdecydowaliśmy się szarpnąć – w końcu to jedyne takie miejsce, jedyna tak potężna katastrofa, której skutki swego czasu odczuwaliśmy dość mocno. Nie żałujemy! A jeśli chciałbyś bardziej zgłębić temat i odwiedzić więcej miejsc, wycieczka 2-3 dniowa jest również dobrym pomysłem, cenowo (w stosunku cena/dzień), wychodzi korzystniej.

Aha… wpis nie jest przez nikogo sponsorowany – zawiera wyłącznie obiektywne, luźne przemyślenia na temat sensowności tytułowego przedsięwzięcia 😉

 

Główne źródło utrzymania bloga to mój własny portfel. Aby móc dalej realizować swoje marzenia, założyłem konto na Patronite. Jeśli uważasz treści na blogu i vlogu za wartościowe, możesz dołożyć od siebie skromną cegiełkę. W grupie siła! 🙂

 

Zobacz także:

Białoruś: Brześć bez wizy
Białoruś: Brześć bez wizy
Ukraina -> Uniwersalny poradnik praktyczny
Ukraińska Wenecja w delcie Dunaju

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Close