SAKWA PEŁNA KREDEK #9: Choroba wysokościowa i nocne przymrozki, czyli rowerowanie na czterech tysiącach

SAKWA PEŁNA KREDEK #9: Choroba wysokościowa i nocne przymrozki, czyli rowerowanie na czterech tysiącach

Przed nami 80 kilometrów pod ostrą górę. W niecałe dwa dni planujemy zdobyć przełęcz Khargush (4344 m). Szutrowa droga, trawersująca zbocze niezliczonymi serpentynami, oferuje wspaniałe widoki, ale także wyciska z nas hektolitry potu. Pierwszy raz w życiu znajdziemy się na wysokości 4 tys. metrów, a ja doświadczę choroby wysokościowej.

Wysoko, wyżej, najwyżej!

Rowerowej przygody w Korytarzu Wachańskim ciąg dalszy. Opuściliśmy już Vrang, w którym w fantastyczny sposób spędziliśmy czas u Pani Bronisławy. Cały czas jedziemy wzdłuż rzeki Pandż, oddzielającą Tadżykistan od Afganistanu. Nieuchronnie zbliżamy się do wąskiego gardła, gdzie w krótkim czasie zdobędziemy dużą wysokość. Będziemy wspinać się na przełęcz Khargush, osiągając 4344 m.n.p.m. Póki co znajdujemy się na ok. 2900. 🙂

Ostatnia miejscowość w niższej części doliny to Langar – robimy najpotrzebniejsze zakupy w kiepsko wyposażonym sklepie. Spotykamy też pierwszych turystów na rowerach. Para Singapurczyków przestrzega nas przed utrudnioną dostępnością do wody na podjeździe i fatalnym stanem nawierzchni. Kilka ostatnich kilometrów jechaliśmy po sypkim żużlu, co raz zapadając się głęboko. Czyli… może być jeszcze gorzej? 🙂


Ten post jest częścią rowerowej wyprawy przez Tadżykistan i Kirgistan, która odbyła się wiosną 2018 roku. Celem wyprawy było przejechanie „Pamir Highway”, prowadzącej przez najwyższe góry regionu, poznanie zamieszkujących Pamir ludzi oraz dowiezienie do Murgabu 150 paczek kredek, przeznaczonych dla dzieci właśnie budowanego przedszkola.


Niszczące promienie słoneczne

Zawsze lubiłem promienie słońca – wyzwalają pozytywną energię, kojarzą się z ciepłem i latem. Pamirskie słońce jest przekleństwem – miejscowi izolują się od niego w każdy możliwy sposób. W połączeniu z silnym, górskim wiatrem, stanowi poważne zagrożenie. Obaj z Jankiem doświadczamy tego, mając wysuszone do cna usta i nosy przez większość wyjazdu (pomadka nie pomaga). Kask na głowie to za mało, aby uniknąć bólu głowy. Zakładam pod niego jeszcze czapkę z daszkiem, a Janek kominiarkę, dodatkowo niwelującą destrukcyjne działanie wiatru.

Mimo koniecznych środków ostrożności cieszymy się niezmiernie, ze każdego poranka budzą nas ostre promienie najjaśniejszej gwiazdy – przecież nic tak bardzo nie psuje humorów, jak całodzienny deszcz!

Najostrzejszy fragment podjazdu pod przełęcz Khargush – prawie dwa kilometry w pionie pod górę, na dystansie 80 kilometrów.

 

 

Pożywna zupka w Langar.

Początek długiego podjazdu na przełęcz Khargush – w dole zostawiamy zwężającą się dolinę rzeki Pandż.

Ostatnie spojrzenie na soczyście zielony Korytarz Wachański. Ta część Pamiru trochę przypomina dolinę Nilu w Egipcie – życiodajna rzeka, skupiająca wzdłuż siebie życie. Drzewa i pola uprawne zlokalizowane są tylko w jej sąsiedztwie, dalej już tylko surowe góry i martwe przestrzenie.

 

Pierwsze, niełatwe kroki na czterech tysiącach

Przestałem już liczyć serpentyny. Na kolejnej z nich, kiedy serducho zaczęło wyskakiwać z piersi, ze smrodzącego jeepa zaczął krzyczeć w naszą stronę Tadżyk.
– może Was podwieźć na przełęcz? Tylko 50 somoni od łebka! – zachęca z uśmiechem. Cena faktycznie dość korzystna, biorąc pod uwagę jakość drogi i ilość naszych bagaży. Jednak czy aż tak nam się spieszy? Wygrywa ambicja, nie zatrzymując się grzecznie odmawiam. Nie przyjechaliśmy tutaj po to, aby sobie nadmiernie ułatwiać. Podjazd to podjazd, ma być zdobyty siłą mięśni! Facet jednak zaczyna się robić namolny – dalej będzie ponoć dużo gorsza droga, nie będzie skąd nabrać wody, na pewno nie damy rady. Sakwiarze spotkani w Langar mówili zgoła co innego – wyczuwam postawę cwaniaka, a na takich mam alergię. Koleś wreszcie odpuszcza, a my dalej walczymy z podjazdem.

Gdy słońce zachodzi już za skały, w Pamirze robi się bardzo zimno – zasada trochę jak na pustyni. Znajdujemy osłoniętą od wiatru nieckę, gdzie rozbijamy namiot. Wieczorem przejeżdża jeszcze kilka aut, każde zatrzymuje się przy naszym obozowisku – ludzie pytają czy wszystko w porządku, czy niczego nam nie potrzeba. To miłe, że w tych stronach nie ma anonimowości i ludzie są dla siebie nawzajem życzliwi i pomocni (chyba, że kogoś zaślepi łatwa chęć zysku i zacznie traktować turystę jak bankomat).

Do najbliższej osady ludzkiej dojedziemy za jakieś trzy dni – to trochę dziwne uczucie 🙂 tym samym dobijemy ponownie do asfaltowej Pamir Highway, prowadzącej do Murgabu. Tymczasem przemierzamy pusty step, z każdym zdobytym metrem roślinność staje się coraz bardziej uboga. Co jakiś czas mijamy pasterzy wypasających owce, którzy spędzają w wysokich górach kilka miesięcy. Dopiero jesienią wracają do domów, a inwentarz zwożą samochodami.

Zmęczenie, czy choroba wysokościowa?

Cieszymy się z odosobnienia i możliwości podziwiania niczym nie zmąconego piękna natury. Niestety od paru godzin nie daje mi spokoju boląca głowa. Mimo czapki i kasku, moczenia włosów co jakiś czas wodą z potoków, głowa jest nadal bardzo gorąca i boli. Jednocześnie ciężko mi się oddycha, a pod kilka podjazdów muszę wprowadzać rower, bo serducho wali jak oszalałe. Jedyny cień, jaki znajdujemy, to prowizoryczny daszek dla pasterzy, dodatkowo wypełniony owczymi odchodami. To nic, jest miejsce do odpoczynku!

W tychże sympatycznych okolicznościach postanawiam otworzyć tajemniczą kopertę, w którą, jeszcze w Warszawie, wyposażyła mnie Kasia. Napisała na niej: „otwórz, gdy nie będziesz miał już sił jechać dalej” – odpowiedniejszego momentu może już nie być. W środku znalazłem żel energetyczny – jak dobrze! Dodatkowy zastrzyk kalorii i energii bardzo się przydał w kryzysowym momencie, choć nie wystarczył na długo.

 

UAZ w trakcie naprawy skrzyni biegów. Zamieniliśmy kilka słów z przygnębionym awarią kierowcą. Całe szczęście naprawa się udała – nazajutrz spotkaliśmy tą sympatyczną maszynę już na chodzie. 

Pierwszy nocleg w wysokich górach.

Janek wiatrowi się nie da!






 

U bram rezerwatu

Na horyzoncie pojawia się miejscowość Khargush. Nie łudzimy się, że na tym pustkowiu znajdziemy jakiś sklep, zabudowania to wyłącznie opuszczone baraki i baza wojskowa za wysokim płotem. Do przełęczy jeszcze 20 kilometrów, zostawiamy je sobie na później. W tym miejscu od głównej drogi odgałęzia się wąska szutrówka, prowadząca przez teren rezerwatu Zurkul, do jeziora o tej samej nazwie. Turyści, chcący tam się dostać, muszą uzyskać specjalne, płatne pozwolenie (do zdobycia w Chorogu lub Murgabie).

Z Khargush do jeziora jest 48 kilometrów – już wcześniej postanowiliśmy tam zajechać. Pokazujemy żołnierzom pozwolenia, wizy i paszporty, notują coś w wielkiej księdze. W tym samym czasie pojawia się… pan z jeepa, który dzień wcześniej chciał nas zawieźć na przełęcz. Włada rosyjskim dużo lepiej niż młodzi żołnierze, stanowczo próbuje nam odradzić wjazd na teren rezerwatu. Ponoć nad jezioro jest aż 80 kilometrów w jedną stronę, on może nas zawieźć na przełęcz jeszcze dzisiaj. Z tym, że za 200 somoni, bo wczoraj jechać nie chcieliśmy. Ta… Już przy pierwszym spotkaniu nie wzbudzał mojego zaufania – teraz zaczął mnie porządnie wkurzać. Na tyle, na ile umiem, powiedziałem co myślę – na to usłyszałem, że i tak żołnierze z rowerami nas nie wpuszczą za szlaban. Zmiana taktyki – on nas może zawieźć nad jezioro samochodem. Tym samym zaczął coś ustalać z nimi po tadżycku… Całe szczęście, mundurowi nie dali się wciągnąć w matactwa, oddali dokumenty i życzyli szczęśliwej drogi.

Gdy tylko wojskowe zabudowania schowały się za zakrętem, rozbiliśmy namiot nad rzeką. Moim jedynym marzeniem było zamknąć oczy i zasnąć, aby nie czuć promieniującego bólu głowy. Było mi już wszystko jedno, choć nie jedliśmy od wielu godzin, padłem, gdy tylko namiot pewnie stanął na gruncie. Na szczęście Janek przygotował ciepły makaron i wmusił we mnie choć parę kęsów – organizm się musiał przecież zregenerować. Szybko opróżniliśmy zawartość menażki i wleźliśmy w śpiwory, na zewnątrz zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Nic dziwnego, GPS pokazywał coś koło 4100 m.

Po nierównej walce przełęcz Khargush zdobyta

Kolejny dzień w całości poświęciliśmy na rezerwat Zurkul, o czym będzie w następnym wpisie 🙂

Tymczasem wracamy do Khargush, skąd zostało jeszcze trochę podjazdu. Choć czuję się lepiej, wciąż więcej prowadzę rower niż na nim jadę. Na tej wysokości rosną już tylko mikroskopijne porosty, czujemy się trochę jak na innej planecie. Woda, nabrana przy jednostce wojskowej, kończy się w mgnieniu oka, na szczęście ludzie z przejeżdżającego auta nas ratują butelką. Mijamy dwa zamarznięte jeziora. Jedyną oznaką życia są rude świstaki – jest ich tutaj pełno! Gdy się zbliżamy, z zaciekawieniem wybiegają nam na spotkanie, po czym kilkanaście metrów przed nami chowają się do norek, wydając przy tym charakterystyczne dźwięki.

Przełęcz Khargush (4344 m) nie jest jakimś wybitnie widokowym miejscem, w porównaniu do tego, co obserwowaliśmy na podjeździe. Dla nas jednak ten punkt ma kluczowe znaczenie – koniec dwudniowego podjazdu! Co prawda na czterech tysiącach zostaniemy jeszcze przez parę dni.

Jesteśmy na pamirskim płaskowyżu, skończyła się zieleń, drzewa, życie. Choć powiem Wam, że surowy, żwirowo-kamienny krajobraz z ośnieżonymi szczytami w tle, także może tworzyć pocztówkowe widoki.

 

Osada Khargush, to tak naprawdę tylko baza wojskowa. Na szczęście znaleźliśmy studnię głębinową, gdzie mogliśmy uzupełnić zapasy pitnej wody. 

Opuszczony punkt kontrolny.


Rezerwat Zurkul – mroźny poranek!

Znacie to uczucie, gdy męcząc się na rowerze czy trekkingu myślicie, że pochłonęliście już wszystkie zapasy, a nagle, na samiuśkim dnie sakwy, znajdujecie zapomnianą, wymiętoloną czekoladę? 😀

Księżycowy krajobraz i zamarznięte jezioro Khargush. 


Świstak!

Tak przygotowani możemy walczyć z pamirskim wiatrem i słońcem!

Tadżyckie drogi też bywają dziurawe…

 

Główne źródło utrzymania bloga to mój własny portfel. Aby móc dalej realizować swoje marzenia, założyłem konto na Patronite. Jeśli uważasz treści na blogu i vlogu za wartościowe, możesz dołożyć od siebie skromną cegiełkę. W grupie siła! 🙂

 

Zobacz także:

Gruzja: W drodze na Kazbek
Ukraina -> Uniwersalny poradnik praktyczny
Tadżykistan: Duszanbe. Co może zaskoczyć w stolicy?

7 komentarzy do wpisu „<b>SAKWA PEŁNA KREDEK #9: Choroba wysokościowa i nocne przymrozki, czyli rowerowanie na czterech tysiącach</b>”

  1. Pamiętam jeszcze jak na forum poszukiwałeś partnera podróży. Zajrzałem z ciekawości i już miałem się skusić ale ta praca… Super wyprawa i zdjęcia! Czekam na kolejne relacje. Pozdrawiam 🙂

    • Dziękuję bardzo! No widzisz, nawet nie wiedziałem, że było więcej chętnych. I udało Ci się pojechać w Pamir w innym terminie, czy odkładasz na kolejne lata? Pozdrawiam również 🙂

      • 27 października wyruszam z plecakiem do Tajlandii na 20 dni. Bilet już kupiony 🙂 Również będę leciał przez Moskwę – przesiadka 3h 50 min w Szeremietiewie – trochę się boję 😀 Wyprawa rowerowa z sakwami musi jeszcze poczekać ale chęci na przygodę mam 🙂 Pozdr.

        • No świetnie, od razu powodzenia życzę! Sam myślałem już kilkukrotnie o tej dalszej Azji, ale może innym razem. Przesiadki w Moskwie nie ma co się bać – przechodzisz korytarzem dla transferu i nikt Cię o wizę nie pyta. Ja w ten sposób wracałem z kirgiskiego Osz.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Close