Ładą na wschód. Przygotowania do jazdy i nieoczekiwane przygody

Ładą na wschód. Przygotowania do jazdy i nieoczekiwane przygody

W niedzielę wróciliśmy z Kasią z samochodowej objazdówki po Ukrainie, Mołdawii i Naddniestrzu. W sumie nie było nas w Polsce 16 dni, a Łada przejechała dzielnie ponad 4000 kilometrów. Zanim przejdę do opisu wspaniałych spotkań z ludźmi, obchodów Dnia Zwycięstwa w Naddniestrzu oraz relacji z wycieczki do Czarnobyla, skupmy się na przebiegu wyjazdu od strony technicznej. Będzie też co nieco o naszych przygotowaniach, bieżących wydatkach na paliwo i naprawach w trasie oraz przyszykowaniu samochodu przed wyjazdem. 

Ukraińskie drogi wciąż zaskakują

Pomysł samochodowej podróży na wschód nie był czymś nowym – kilka lat temu robiliśmy już z kumplami objazdówkę Ładą 2107 (wówczas dojechaliśmy na Krym i do Donbasu). Tym razem wyjazd tylko we dwójkę z Kasią, „nową” Ładą 2104, czyli, jak to na Ukrainie się mawia, czietwiorką (czwóreczką) 😉

Przygotowanie do takiego wyjazdu trochę się różni od sposobu podróżowania, jaki zazwyczaj praktykujemy. Choć standardowo wypisaliśmy listę miejsc wartych odwiedzenia, wytyczyliśmy orientacyjną trasę, a większość noclegów planowaliśmy spędzić w namiocie – największą uwagę należało poświęcić Ładzie. W końcu to ona ma wozić nasze tyłki i bagaże przez ponad dwa tygodnie, nierzadko po fatalnej jakości drogach (szczerze – sami nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak źle – ukraińskie drogi ponownie zaskoczyły!). A ma już 33 lata, wszystko się może zdarzyć. Fakt, Łada na Ukrainie powinna czuć się „jak u siebie” i w przypadku niespodziewanej awarii zapewne pierwszy lepszy mechanik naprawiłby ją z zamkniętymi oczami – mimo to staraliśmy się przygotować ją do trasy by maksymalnie wyeliminować to ryzyko. Przecież jedziemy zwiedzać, a nie zaliczać przestoje w warsztatach 😉

Nasza codzienność – biwak w pięknych okolicznościach przyrody. 

Niezbędne naprawy przed wyjazdem

Już na początku marca Łada trafiła na ostry dyżur z listą rzeczy do zrobienia. Należało wymienić oleje w silniku i skrzyni biegów, zregenerować przeciekający gaźnik (w końcu został wymieniony na nowy), zlikwidować wycieki oleju z bloku silnika, wykonać przegląd układu hamulcowego (wymienić uszkodzone cylinderki i przewody), założyć nową linkę hamulca ręcznego, przejrzeć elektrykę i ustawić luzy zaworowe.

Z pomocą przyszedł nam OK Serwis w Stanisławowie, którego pracownicy fachowo podeszli do tematu. Po wszystkim Łada jak nowa pojechała na stację diagnostyczną i oficjalnie przeszła wnikliwy przegląd 🙂 Można zapinać pasy i wyruszać!

W drodze do państwa, które nie istnieje

Motywem przewodnim naszego wyjazdu było dotarcie do Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej – państwa nieuznawanego na arenie międzynarodowej, które od 1992 roku, po konflikcie zbrojnym z Mołdawią, stanowi samodzielny organizm ochoczo wspierany przez Rosję. Stąd na niewielkim obszarze (kraj ma ok. 200 kilometrów długości i 12-15 szerokości) nad Dniestrem mówi się przede wszystkim po rosyjsku, a place i główne ulice miast zdobią sierpy i młoty oraz pomniki Lenina.

W Tyraspolu spotkaliśmy się z Romanem – miejscowym przewodnikiem po mniej oczywistych zakamarkach Naddniestrza. Warto wspomnieć, że Roman uwielbia Polskę i Polaków. Własnymi siłami nauczył się naszego języka i jakiś czas temu założył kanał na Youtube pod nazwą Roman FanPolszy. Wspólnie zwiedziliśmy Tyraspol, Bendery i okolice, a następnie wzięliśmy udział w uroczystych obchodach 74 rocznicy Dnia Pobiedy, czyli zakończenia II Wojny Światowej zwycięstwem wojsk radzieckich.

Naddniestrze to także poszukiwanie śladów polskości na obecnie oddalonych od naszego kraju ziemiach. W Tyraspolu od 15 lat prężnie działa Towarzystwo Polskiej Kultury „Jasna Góra”, zrzeszające osoby polskiego pochodzenia, prowadzące naukę języka polskiego i organizujące liczne wydarzenia kulturalne. Spotkaliśmy się z panią Natalią Siniawską, prezes „Jasnej Góry”, która pokazała nam nowo otwartą siedzibę i opowiedziała o działalności stowarzyszenia. Poleciła nam także odwiedzić Raszków – jedną z najbardziej polskich miejscowości w Naddniestrzu, gdzie znajduje się Dom Polski oraz historyczny cmentarz.

Nasze dalsze kroki skierowaliśmy na Ukrainę do obwodu odeskiego. Odwiedziliśmy miejscowość Wilkowo, zwane „ukraińską Wenecją” ze względu na unikatowe położenie w delcie Dunaju. Poznaliśmy tam wspaniałych ludzi, którzy zaprosili nas na obiad i domowe winko.

Nie mogliśmy pominąć Odessy i Kijowa, które znalazły się na naszej trasie. Ze stolicy udaliśmy się na jednodniową wycieczkę do Czarnobyla i Prypeci (tu wyjątkowo Łada została na parkingu).


Na razie nie będę się specjalnie rozwodził nad opisem wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy – obiecuję Wam, że na blogu sukcesywnie będą pojawiać się kolejne wpisy i filmy. A wspomnień i materiału mamy mnóstwo, trzeba tylko przysiąść i zebrać to do sensownej kupy 😉

Początkowy odcinek trasy wiódł wzdłuż granicy ukraińsko-rumuńskiej, którą wyznaczał Dniestr. W niektórych miejscach rzeka tworzy przepiękne zakola. 

Tiraspol – naddniestrzański parlament strzeżony przez potężnego Włodzimierza Ilicza. 

Raszków – polska wieś na północy Naddniestrza. 

Wilkowo. Wałęsając się po drewnianych kładkach i mostkach ukraińskiej Wenecji trafiliśmy do ostatniego domu we wsi – pani Rita z mężem zaprosili nas na herbatę i przekąski. 

Mohylew Podolski. Tutaj mocno czuć radziecką przeszłość. 

Dniestrowsk. Takie przyjemne domki wypoczynkowe nad jeziorem – przyjechalibyście tutaj na wakacje?

Konotop. Najdalej wysunięty punkt na wschód, do którego wspólnie dotarliśmy. Mieszkańcy są tak dumni ze swojej małej sieci tramwajowej, że aż wznieśli pomnik na jej cześć. 

Nie, to jeszcze nie Czarnobyl. Gdy znudzi nam się jazda Ładą, z chęcią przesiądziemy się na elektryka. 

Urwany tłumik i ugrzęźnięcie w glinie

Żeby nie było tak różowo, czas na drugą stronę medalu. Awarie i problemy, czyli to, co lubimy najbardziej!

Już drugiego dnia podróży w Ładzie urwała się końcówka tłumika. Podczas szybkiej jazdy po wyboistej drodze nagle usłyszeliśmy metaliczny dźwięk gdzieś zza bagażnika. To mogło oznaczać tylko jedno… Szczęście w nieszczęściu – nie poszła cała rura spod samochodu, odprowadzająca spaliny od silnika (tzw. „portki”), a sama końcówka. Doraźnie wystarczyło przyczepić ją na „trytytki” i można było jechać do najbliższego mechanika. Finalnie… prowizorka przejechała jeszcze 2 tys. kilometrów – tłumik zaspawaliśmy w Kijowie.

Podobnie pogięte felgi, trzy z czterech stały się w pewnym momencie kwadratowe – przy większej prędkości słychać było nieprzyjemne „bicie”, a z jednego koła zaczęło uchodzić powietrze. Łada na podnośnik, młot – dłuto i po sprawie. I tak uważam, że to skromne żniwo, jak na tyle kilometrów po ukraińskich drogach – niejednokrotnie fartem udawało się ominąć dziury, w których spokojnie zostawilibyśmy pół samochodu.

To teraz… przejdźmy do ewidentnych błędów kierowcy 😀 Czyli dwukrotne zakopanie się w błotku tudzież glinie. Ponieważ przez pierwszy tydzień nieustannie lało, można było przewidzieć, że robienie „skrótu” przez gliniastą drogę nie jest najlepszym pomysłem. Niestety byłem mądrzejszy i próba zaoszczędzenia czasu skończyła się wyciąganiem przez traktor. Drugi raz, przedostatniego dnia, chcieliśmy rozbić namiot nad samym jeziorem na Polesiu. W końcu Łada utknęła w torfowisku. Tutaj obyło się bez traktora, wystarczył ręczny podnośnik, dywaniki samochodowe i silne ramiona mojej kobiety 😉

Muszę też wspomnieć o mandacie, który dostaliśmy w Konotopie. Klasycznie… przejeżdżaliśmy przez zarośnięty, nie używany od dwudziestu lat przejazd kolejowy. A ja, zamiast patrzeć na pas drogowy, gapiłem się w lusterko na radiowóz, który za nami jechał i nie zatrzymałem się na znaku STOP. Nie było tłumaczenia (na szczęście nie było też propozycji wysokiej łapówki), trzeba było z pokorą przyjąć niezbyt wysoki mandat.

Ponad 4000 kilometrów za kółkiem

W sumie zrobiliśmy 4351 kilometrów (z zakładanych 3500). Najdalszym punktem od naszego domu (orientacyjnie) była Odessa (1250 km), a największy dystans, jaki pokonaliśmy w ciągu dnia to 660 km (Kijów – Konotop – Kijów – Korosteń).

Średnie spalanie to 9,1 l gazu, czyli za przejazd 100 kilometrów płaciliśmy ok. 20-22 zł.

Łączne wydatki na paliwo to w 971 zł (wliczając benzynę, na której przejechaliśmy fragment trasy):

  • 63 PLN
  • 4245 UAH (636 zł)
  • 540 MDL (135 zł)
  • 550 rubli naddniestrzańskich (137 zł)

Łada spisała się na medal. Po takim dystansie, poza lekkimi zarysowaniami lakieru (nabytymi głównie w trakcie szukania miejsca na rozbicie namiotu i odkopywania kół po zakopaniu w torfie) nie dostrzegłem żadnych poważnych śladów zużycia. Zawieszenie i układ kierowniczy również po wstępnych oględzinach nie nabrał większych luzów, a nieraz władowaliśmy się w porządną dziurę. Choć tego rodzaju wycieczka różni się od sposobu, w jaki zwykle z Kasią podróżujemy (za mało ruchu – ileż można siedzieć w tym samochodzie!), raz na jakiś czas warto zostawić rower czy plecak w domu i udać się na podobny road trip. Tak więc to pierwsza wycieczka w takim składzie, ale na pewno nie ostatnia!

A tymczasem… już teraz zapraszam Was na youtubowy kanał Gdzie Los Poniesie – sukcesywnie lądują na nim materiały z Ukrainy, Naddniestrza i Mołdawii. Poza filmami planuję też opublikować kilka wpisów na blogu – m.in. fotorelację z niesamowitej „ukraińskiej Wenecji” i praktyczne informacje dotyczące Naddniestrza. Do zobaczenia!

Specjalne podziękowania dla OK Serwis – partnera wycieczki, który pomógł nam przygotować się do podróży. 

 

 

Zobacz także:

Turysta z Europy ma worek pieniędzy
Kirgistan: Gulnara, lokalny dobroczyńca
Gruzja: kolejki linowe z czasów stalinowskich wciąż wożą ludzi

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Close