Europejska Marszruta rowerowa – 40 dni w drodze

Europejska Marszruta rowerowa – 40 dni w drodze

Wróciliśmy! Najdłuższa wspólna wyprawa rowerowa za nami. Choć zamiast Kaukazu i Azji Środkowej finalnie wylądowaliśmy na śródziemnomorskich wyspach Europy, staraliśmy się wycisnąć z nich ile się tylko da. Budżetowo wcinając francuskie bagietki z dżemem, pojąc spragnione gardła tanim, włoskim winem, odkrywając wyschnięte, górskie kaniony, regularnie taplając się w morzach i jeziorach… a przede wszystkim JEŻDŻĄC ROWEREM, usiłowaliśmy wniknąć w lokalną kulturę i nakręcić pełen cieni i blasków reportaż, ukazujący Włochy, Francję i Austrię naszym okiem.

Najwyższy czas zakończyć rowerowe wojaże po Europie – po ponad miesięcznym pedałowaniu szlakami południowej i zachodniej Europy cali i zdrowi (na szczęście!) zameldowaliśmy się w Warszawie. Odchudzeni, opaleni „na rowerzystę”, z sakwami pełnymi brudnych ciuchów do prania 😉

Azjatycka?
Kaukaska?
Europejska Marszruta

Jeszcze pod koniec czerwca karmiliśmy się nadzieją, że uda się zrealizować choć część pierwotnego planu czteromiesięcznej wyprawy i pojechać do Gruzji i Armenii. Kilka dni przed planowanym wylotem gruzińskie władze ogłosiły, że do końca lipca nie planują wznowić regularnych połączeń lotniczych na terenie kraju (dziś już wiemy, że okres ten przedłużono co najmniej do końca sierpnia) – toteż na poczekaniu musieliśmy wymyślić plan zastępczy.

Urlopy pobrane – po raz pierwszy od dawna mieliśmy CZAS – brakowało natomiast możliwości, gdyż większość interesujących nas krajów pozostawała zamknięta na turystykę zagraniczną.

 

Jak nie z plecakiem, to na rower!

Decyzja zapadła szybko. Lecimy z rowerami na Sardynię. Z Wiednia, bo z Polski byłoby za łatwo 😉 Przy okazji odwiedzimy mieszkającą w austriackiej stolicy Olę (miłośniczkę gór, która miała kiedyś okazję zaśpiewać w filmie o naszych Bieszczadach).

Do pierwotnie planowanego wyjazdu do Azji Środkowej i Południowo-wschodniej szykowaliśmy się ponad pół roku, niemal codziennie wertując przewodniki i strony internetowe, poszukując nowych szlaków do przejścia i historycznych atrakcji do obejrzenia, nawiązując kontakty z Polakami, mieszkającymi na dalekiej obczyźnie.

Na przygotowanie się do nowego wyjazdu mieliśmy nieco ponad 4 dni (wliczając pakowanie). Zrobiliśmy ekspresowy przegląd rowerów, szybko dokupiliśmy niezbędne wyposażenie, ustaliliśmy orientacyjną trasę przejazdu, zakładającą ok. 1800 kilometrów na rowerze i… w drogę! Resztę ogarniemy na bieżąco 😉

 

Wiedeński Schönbrunn to jedna z atrakcji typu mustsee. Po odhaczeniu oczywistości, wybraliśmy się w mniej turystyczne miejsca…

…jak choćby na osiedle Alterlaa – samowystarczalny organizm mieszkalny – miasto przyszłości lat 70. ubiegłego wieku.

 

Frustrująca niewiedza

Choć lubię spontaniczne decyzje, nie jestem typem lekkoducha. Przed wyjazdem (szczególnie tak długim) w nowe miejsce na świecie lubię odpowiednio wcześnie poczytać o historii, kulturze i zwyczajach tam panujących, nauczyć się choć podstawowych słówek w lokalnym języku, wypisać lub zaznaczyć na mapie interesujące miejsca (zbyt wiele razy zdarzyło się już przypadkowo ominąć jakieś obłędnie piękne jezioro lub miejscowość przez niewiedzę!).

Tym razem o skrupulatnym przygotowaniu nie było mowy! Covidowa rzeczywistość pozwoliła jedynie na w miarę bezpieczne wytyczenie trasy przez kraje, które przez najbliższy miesiąc nie powinny się zamknąć 😉

W dużym skrócie: wyprawę podzieliliśmy na cztery nierówne części.

Północna i środkowa Sardynia, włoska, śródziemnomorska wyspa na prawach autonomii, stanowiła pierwszy etap.

Po godzinnym rejsie promem znaleźliśmy się na Korsyce – najbardziej górzystej wyspie Europy, należącej do Francji. Postanowiliśmy nie zapuszczać się w interior (na zdobywanie skalistych dwutysięczników jeszcze kiedyś przyjdzie czas) i objechaliśmy wyspę zachodnim wybrzeżem.

Kontynentalne Włochy. W zastępstwie objeżdżania wybrzeża i Toskanii, postanowiliśmy odwiedzić jezioro Garda i poeksplorować „na lekko” rowerowe szlaki nad jego północnym brzegiem. Stamtąd tylko dwa dni jazdy…

I jesteśmy w Alpach. Najpierw we włoskich, następnie w austriackich. Dla nas obojga to był pierwszy raz 🙂 Poza podziwianiem majestatycznych szczytów z poziomu dolin, postanowiliśmy wjechać sobie na jedną z przełęczy.  Umożliwiła to nam specjalnie poprowadzona, widokowa droga, wspinająca się aż na 2504 m.n.p.m.

Niestety na śliskim zjeździe Kasia się niebezpiecznie wywróciła, w związku czym podjęliśmy decyzję o skróceniu wyprawy o kilka dni. Na szczęście kontuzja nie okazała się tak poważna, jak wyglądała na początku – mamy nadzieję, że do wesela się zagoi 🙂

Bosa to pierwsze, prawdziwie włoskie miasto, które odwiedziliśmy na Sardynii. Warto było wdrapać się na górę, by ujrzeć taki widok.

Urokliwe, wąskie uliczki być może utrudniają nawigację, ale latem dają cień i chłód – tak pożądane przez wszystkich.

Grota Neptuna (Grotte di Nettuno) – aby ujrzeć jedną z piękniejszych, krasowych jaskiń, nadrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Sardynia oferuje sporo tak pięknych niespodzianek.

Droga SS125 prowadzi przez najwyższe góry Sardynii i oferuje całkiem niezłe widoki.

 

A to już Korsyka. Właśnie dlatego wybraliśmy przejazd zachodnim, górzystym wybrzeżem. 

W okolicy miasteczka Piana górskie zbocza pokryte są kłującą makią, co utrudnia znalezienie właściwego miejsca pod namiot. Kolczaste rośliny za to chętnie przebijają rowerowe dętki 😉

Kwitnące agawy to jedne z moich ulubionych, śródziemnomorskich roślin.

Zamknięta dla ruchu, widokowa droga nad północnym brzegiem jeziora Garda służy teraz pieszym i rowerzystom. Samochody jadą tunelem, kilkaset metrów niżej. Szybko i wygodnie, ale bez widoków.

39 z 40 noclegów spędziliśmy w namiocie. Pogoda zazwyczaj dopisywała – szybko przyzwyczailiśmy się do rozstawiania naszego przenośnego domku, spania na karimatach i porannej kawy z niekiedy fajnym widokiem.

Riva del Garda to turystyczne miasteczko przyklejone do północnego brzegu najczystszego jeziora we Włoszech. Stąd rozpoczyna bieg większość szlaków pieszych i rowerowych w okolicy jeziora Garda.

Północną Gardę otaczają wysokie góry, sięgające nawet 2000 m.n.p.m.

Po śródziemnomorskich wyspach i nadgardańskich szlakach, przyszedł czas na ostatnie wyzwanie. Grossglocker Hochalpenstrasse to wysokogórska trasa przez Alpy, wspinająca się aż na 2504 m. Podjazd z okolicznego miasteczka na przełęcz zajął nam prawie 5 godzin 😉 Zjazd byłby szybszy, gdyby nie niefortunny wypadek.

Tu już się zachmurzyło – ale zdążyliśmy zobaczyć widok przed nadejściem mgły 😉

 

Człowiek nie tylko rowerem żyje

W sumie zrobiliśmy 2300 kilometrów, co na 36 dni jazdy (4 dni wyprawy to zwiedzanie i odpoczynek bez roweru) daje średnio … kilometrów dziennie. Czy to dużo, czy mało? Mi samemu ciężko obiektywnie ocenić.

Z biegiem lat mamy mniejsze parcie na trzaskanie kilometrów, a coraz większą wagę przywiązujemy do zwiedzania i poznawania miejsc, przez które przejeżdżamy – niekoniecznie z poziomu siodełka. Rower podczas tej wyprawy był dla nas doskonałym środkiem transportu (który w każdej chwili mogliśmy zatrzymać, by zrobić zdjęcie lub usiąść na pobliskiej ławce), jednak zdarzało się, że stawał się ciężkim balastem (np. w trakcie zwiedzania pełnego ludzi centrum miasta), ograniczającym możliwości poznania okolicy.

Kilkukrotnie podczas wyprawy korzystaliśmy z usług lokalnych kempingów. Tym razem nie tylko z potrzeby ogrzania się, poprania brudnych rzeczy i wzięcia prysznica (jak choćby na Lofotach w zeszłym roku), ale właśnie potrzeby szczegółowego poznania okolicy, poczucia klimatu miasteczka, w którym się zatrzymaliśmy. Wówczas zostawialiśmy rozstawiony namiot i spięte rowery na kempingu, a sami udawaliśmy się na rekonesans okolicy. Na Cap Corse (korsykański półwysep na północy wyspy, uchodzący za widokową Korsykę „w pigułce”) zrobiliśmy sobie dzień bez roweru, wykupując dwie noce na kempingu, tym samym nie ruszając naszych dwóch kółek spod drzewa przez okrągłą dobę. W końcu wakacje od wakacji również są potrzebne, by na nowo cieszyć się kręceniem korbą pod górę 😉

 

Bonifacio na południu Korsyki. Pierwsze wrażenia z francuskiej wyspy pozostaną niezapomniane.

Kończąc rowerowanie przez Sardynię podjęliśmy spontaniczną decyzję o popłynięciu na okoliczny archipelag La Maddalena. Po ciężkiej przeprawie przez sardyńskie góry przydał nam się odpoczynek w takim krajobrazie.

Zdarzało nam się zostawiać rowery na parkingu, a w dalszą drogę iść pieszo. Tak było np. na Capu Rossu na Korsyce. Przejście szlakiem wśród czerwonych skał zajęło nam prawie cztery godziny.

Salzburg. Choć nie planowaliśmy, właśnie w tym austriackim mieście zakończyliśmy naszą rowerową marszrutę.

Włoska pizza! Wbrew pozorom, najsmaczniejsze pizze jedliśmy na Korsyce 😉

W drodze do wnętrza Su Gorroppu (Sardynia), jednego z najgłębszych wąwozów w Europie. Tutaj rowerami dojechać się nie da. Zostawiliśmy je na kempingu, włożyliśmy górskie buty i dziarsko udaliśmy się między skały.

Skalne ściany sięgają nawet 500 metrów wysokości. 

Kasia lubi wino i winogrona 🙂

Będąc 20 kilometrów od jednej z najczęściej odwiedzanych atrakcji na świecie grzech nie zajechać…

Czy słońce może grzać za mocno?

Śródziemnomorskie widoki wszechobecnej makii i skalistych brzegów, wpadających wprost do morza, bardzo przypadły nam do gustu. Niemniej pora roku, w której zdecydowaliśmy się pedałować po rozgrzanych asfaltach południa, szczerze, przerosła nasze możliwości. Choć piliśmy hektolitry wody dziennie, przejmujący upał i bezlitosne słońce wykańczały nas od samego początku. Oboje należymy raczej do osób ciepłolubnych, więc o co chodzi? – zastanawialiśmy się.

Po kilku dniach męczenia się w południowym słońcu na podjazdach (tym samym drastycznym spadku zadowolenia z otaczającego krajobrazu) obraliśmy metodę wczesnego wstawania (jeszcze przed wschodem słońca) i siesty w cieniu w ciągu dnia. Branie przykładu z tubylców zaowocowało realnie większą wydajnością i wreszcie zwiększeniem przyjemności z samej jazdy 😉

 

„Dawid, daleko jeszcze?”

Z wodnych kąpieli korzystaliśmy, kiedy tylko można. Idealne miejsce na popołudniową siestę.


Francuskie bagietki są przereklamowane

Od września na blogu zaczną się regularnie pojawiać wpisy i filmy z naszej wyprawy. Materiału i wspomnień mamy naprawdę sporo, toteż nie mogę się doczekać, aż zacznę przelewać je na „papier” i „filmowe klatki” 😉

Z Salzburga do Warszawy wracaliśmy pociągami. Jeszcze tylko 5 przesiadek i będziemy w domu!


Dziękujemy za bieżące śledzenie naszej wyprawy na Facebooku i Instagramie, za wszystkie komentarze, lajki, wiadomości prywatne i ciepłe słowa, a także chęci bezinteresownej pomocy w kryzysowym momencie. Jesteśmy dumni, że mamy tak życzliwych czytelników i obserwatorów!

 

Zobacz także:

Gdzie szukać towarzysza podróży?
Co zabrać na wyprawę rowerową? LISTA
Jak przewozić rower samolotem? Praktyczny poradnik

4 komentarze do wpisu „<b>Europejska Marszruta rowerowa – 40 dni w drodze</b>”

  1. Gratuluję kondycji i chyba też odwagi by rowerem wybrać się na taką długą i daleką wyprawę. Czekam na filmiki jednocześnie Was a w szczególności Kasię pozdrawiając 🙂

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Close