Islandia. Na rowerze przez krainę ognia i lodu

Kryzys dopadł mnie już trzeciego dnia. Po kilku godzinach jazdy 10km/h i biernego patrzenia, jak islandzki huragan przywiewa nad nasze głowy deszczową chmurę, której końca nie widać, z pokorą przyjąłem pierwsze krople deszczu na twarzy. Jedziemy dalej, nastaje wieczór. Niewielka wioska, pytamy o możliwość noclegu choćby w stodole, spotykamy się z odmową. Podczas postoju wiatr i deszcz bardzo wychładza. Mam dość. Rozbijamy obozowisko tuż obok głównej drogi – i tak prawie nic tędy nie jeździ. 15 minut później, w dwóch parach skarpet, zawinięty w śpiwór, rozgrzewam się od środka ugotowanym makaronem z sosem. Całą noc deszcz konsekwentnie bębni w tropik. Aż dziw, gdy rano naszym oczom ukazuje się błękitne niebo. Po chmurach nie ma śladu. Wokół srogie, skaliste wzgórza, soczyście zielona łąka, a na niej trzy namioty. Słońce już mocno operuje wyciągając wilgoć z traw. Chce mi się śpiewać z radości. Taka właśnie jest ta jedyna w swoim rodzaju wyspa. Islandia – kraina ognia i lodu. Wyspa, którą można w jednej chwili kochać, a zaraz nienawidzić. Nie ma nic pomiędzy.

Islandia – tu nie ma stanów pośrednich

Znacie powiedzenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia? Na pewno tak. Przemierzając na rowerowym siodełku ciepłe kraje, niejednokrotnie marzyłem o wyprawie na daleką północ, do Skandynawii. W moich wyobrażeniach co rusz ukazywały się norweskie fiordy agresywnie wcinające się w pofałdowany ląd, wijące się wśród nich wąskie nitki dróg, noclegi pod namiotem w trakcie dni polarnych. Kiedyś to zobaczę, myślałem. Ale jeszcze nie teraz, nie jestem gotowy sprzętowo, fizycznie i psychicznie. W takim razie skąd się wziąłem na Islandii, gdzie klimat jest jeszcze bardziej surowy niż w Norwegii?

Zadecydował przypadek, a właściwie impuls. Wiedziałem, że Ania i Marcin wybierają się tam w lipcu. Któregoś wieczoru coś mnie tknęło… a może przyda im się towarzystwo? Nie mieli obiekcji. No to… kupiłem bilety. W końcu mieliśmy jechać w piątkę, do wyprawy dołączyli Marysia i Paweł. Tylko… Islandia. Tam wieje, jest chłodno, do tego często pada. Czy dam sobie radę? Czy nie będę miał dosyć? Narastający lęk pomieszany z ekscytacją nie dawał mi spokoju aż do dnia wyjazdu. Ponoć jest tak, że tylko głupi człowiek się niczego nie boi.

Podporządkuj się siłom natury, a przetrwasz…

Wiatr. Już wiedziałem, że to słowo będzie odmieniane przez wszystkie przypadki aż do końca wyprawy. To ON będzie wyznaczał rytm naszego dnia. Pchał do przodu zmniejszając wysiłek z pedałowania do minimum, dął nieregularnymi podmuchami z boku spychając nas z drogi. Będzie bezlitośnie wiać w twarz czyniąc jazdę walką o każdy zdobyty metr. Drzewa go nie zatrzymają, bo ich nie ma. Rzadka zabudowa też nie osłabi jego siły. W chwilę może zmienić sielankową jazdę w męczarnię i odwrotnie. Potrafi też sprawić, że deszcz będzie padał poziomo. Musimy go pokochać i zaakceptować w zastanej formie. Jest nieodłączną częścią Islandii. Islandia wywołuje tylko skrajne uczucia. Tutaj nie ma stanów pośrednich.

Przykład siły islandzkiego wiatru. Gdy wiało w plecy, wystarczyło postawić stopy na pedałach, a rower sam ruszał 🙂

 

W nieokiełznanej krainie ognia i lodu

Islandia zajmuje powierzchnię trzykrotnie mniejszą od Polski. 11% pochłaniają lodowce, m.in. drugi co do wielkości w Europie – Vatnajökull. Cały kraj zamieszkuje zaledwie 300 tysięcy osób (mniej więcej tyle, ile mieszkańców liczą dwie warszawskie dzielnice!), przy czym zabudowa skupia się głównie w okolicy Reykjaviku. Poza okalającą wyspę drogą nr 1 i jej odnogami osad jest jak na lekarstwo. Środek wyspy jest pusty. Teren zwany „interiorem” zajmują w większości lodowiec i wulkany, ciągle pozostające w aktywności. Szczególnie znana z aktywności jest Hekla i trudny do wymówienia Eyjafjallajökull, którego erupcja w 2010 roku sparaliżowała ruch lotniczy w Europie. Dodatkowo ta niegościnna kraina skrywa w sobie wiele tajemnic – nieliczne, szutrowe drogi prowadzące przez brody rzeczne poprowadzone są wzdłuż wulkanicznych, kolorowych wzgórz, dzikich, gorących źródeł, niekończących się pól lawy. To w interiorze amerykańscy astronauci odbywali ćwiczenia przed wylądowaniem na księżycu – tutejszy krajobraz bowiem najbardziej przypomina księżycowy.

My mieliśmy tu spędzić 14 dni (Ania z Marcinem 21). W planach był objazd całej wyspy drogą nr 1, wzdłuż której zlokalizowanych jest najwięcej przyrodniczych atrakcji. Zależało nam również na wjeździe szutrowymi traktami w interior, jednak przedłużająca się zima w wyższych partiach gór i zdecydowane odradzanie przez miejscowych przejazdu interesującymi nas odcinkami zweryfikowały początkowe założenia.

Pierwszy nocleg na Islandii wśród wszechobecnych fioletowych łubinów.

W sąsiedztwie komercyjnych, gorących źródeł Blue Lagoon znajdujemy zaciszny zbiornik, w którym moczymy nogi.

Fragment terenowego szlaku do Grindaviku.

Droga 427 na odcinku Grindavik – Þorlákshöfn.

Niesamowite wodospady Seljaladsfoss i Skogafoss

Pierwsze, co uderza w islandzkim krajobrazie to niewyobrażalna przestrzeń. Przy dobrych warunkach atmosferycznych granica widnokręgu sięgała kilkunastu kilometrów, patrząc w kierunku oceanu gdzieś, w bliżej nieokreślonej dali niebo zlewało się z ciemną tonią wody. Minęło kilka dni, zanim nauczyłem się właściwie określać odległość. Przykładowo, za którymś zakrętem w oddali zaczął majaczyć wodospad – punkt charakterystyczny wśród płaskiego pola lawowego porośniętego mchem. Każdy z nas zgadywał, ile kilometrów dzieli nas od atrakcji. Po kilku podobnych „konkursach” nauczyliśmy się określać odległość od punktu docelowego ze względnie poprawną dokładnością 🙂

Początkowo kilkadziesiąt kilometrów jedziemy przez pola lawowe. Klimat wzdłuż drogi zbliżony do tego z Wysp Kanaryjskich, choć tutaj zastygła magma jest pokryta licznymi porostami. Islandia nie charakteryzuje się jednak monotonnym krajobrazem, choć czasem może się taki wydawać. Otoczenie nie zmienia się tak dynamicznie, jak choćby w niektórych rejonach Norwegii (na podstawie opinii osób, które tam były). W pierwszych dniach droga prowadziła nas po w miarę płaskim terenie. Po prawej stronie podążaliśmy wzdłuż rozbijających się o skalisty brzeg fal oceanu, po lewej zaś wyrastały coraz wyższe i bardziej strome góry. Co jakiś czas zdarzały się niewielkie miasteczka, posiadające stację benzynową, kilka restauracji i market spożywczy. Ich zagęszczenie na trasie wyznaczało częstotliwość uzupełniania przez nas zapasów. Po drodze zbaczaliśmy od głównej „Jedynki”, by podziwiać majestatyczne piękno islandzkiej przyrody. Wodospady Seljalandsfoss, Skogafoss, maskonury na klifie koło Vik i Myrdal czy też bulgoczące błota na obszarze geotermalnym Krísuvík zrobiły na nas kolosalne wrażenie.

Obszar geotermalny Krísuvík.

Przejście całego obszaru zajmuje około 15 minut. Rowery zostawiamy na parkingu.


Coraz bliżej największego na wyspie lodowca Vatnajökull. 

W tym miejscu rozbiliśmy namioty. Biała, śnieżna czapa pokrywa imponujący masyw górski.

Marcin w drodze do wodospadów.


Pierwszy na naszej trasie – Seljalandsfoss.

Niewiele jest wodospadów, które można obejść na około. Tutaj widok zupełnie z innej perspektywy.

Pogoda dzisiaj dopisuje, więc jedziemy dalej!

Przed nami słynny wulkan Eyjafjallajökull. Ostatnia erupcja nastąpiła w 2010 roku.

Imponujący wodospad Skogafoss. W tym miejscu rozpoczyna się pieszy szlak w głąb wyspy, w kierunku gór Landmannalaugar. 

Widok z góry. Woda spada aż z 60 metrów.


Droga nr 1 tuż za Skogafoss. W tej odległości od Reykjaviku ruch samochodowy jest znikomy.

 Vik i Myrdal. Malowniczo położone miasteczko słynie z czarnych, wulkanicznych plaż i stromych skalnych klifów opadających wprost do oceanu.


Maskonury. Te podobne do pingwinów ptaki, będące symbolem Islandii, można spotkać na wyspach i wybrzeżach północnego Atlantyku. 

Czarna plaża w Vik i Myrdal.

Kąpiel w gorącej rzece i termalne źródła

Kilkukrotnie udało nam się wziąć kąpiel w gorących źródłach, których na Islandii jest bardzo dużo. W okolicy Hveragerði przeszliśmy się górskim szlakiem wśród dymiących kraterów. Uwieńczeniem marszruty była gorąca rzeka, temperatura w niej oscylowała w granicach 35 stopni! Na zewnątrz było mniej o ponad połowę 🙂 Widząc w większości pierwszy raz w życiu tak spektakularne cuda przyrody zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego Islandia nazywana jest Wyspą Ognia i Lodu. Odwieczne prawa natury rządzą tym krajem, a ludzie bez precedensu im się podporządkowują. Z drugiej strony nie mają wyjścia – zimy, choć nie tak bardzo mroźne, są ciemne i obfite w opady atmosferyczne. W lecie co prawda dzień jest bardzo długi, jednak wiatr rzadko ustaje, a deszczowe chmury nachodzą nie wiadomo kiedy. Miejscowi mawiają, że jeśli turyście nie podoba się pogoda na Islandii, niech cierpliwie poczeka 15 minut, a na pewno się zmieni. Coś w tym jest.

Półdzikie kąpielisko nieopodal wulkanu Eyjafjallajökull. Islandia oferuje nam nie lada atrakcje!

Hveragerði. Feria barw kolejnego na naszej trasie obszaru geotermalnego.

Na szlaku w drodze do gorącej rzeki.


Na zewnątrz ok. 13 stopni, w rzece ok. 35 – aż się nie chciało wychodzić!



Zapraszam też do specjalnego wpisu, w którym znajdziesz wszystkie przydatne informacje dotyczące podróżowania na Islandii.

Zobacz także:

Islandia, czy Antarktyda? Wzdłuż brzegów Jökulsárlón i Fjallsárlón
Przez dziewicze fiordy i przełęcz Oxi
Jezioro Myvatn – spacer po wulkanie i kąpiel w gorących źródłach

Jedno przemyślenie nt. „Islandia. Na rowerze przez krainę ognia i lodu

Dodaj komentarz

Close