Przecierając szlaki najwyższych gór Albanii

Przecierając szlaki najwyższych gór Albanii

Strome zejście wąskim wąwozem z przełęczy wskutek padającego deszczu stopniowo zmienia się w błotnistą breję. Coraz trudniej stawiać stopy tak, by się nie poślizgnąć. Stopień zarośnięcia nieuczęszczanego szlaku i błędy nawigacyjne nie poprawiają naszej sytuacji. Do tego zaraz się ściemni – gdzie i jak w tych warunkach mamy rozbić namiot? Góry Przeklęte w Albanii nie są takowymi wyłącznie z nazwy – już pierwszego dnia trekkingu pokazały na co je stać.

Tylko my i góry

Podczas gdy przed ostatnimi łańcuchami na Giewoncie ustawia się w wężyku kolejka ludzi, tu przez cały dzień nie spotkasz nikogo. To nie przeludnione Tatry, nawet nie słoweńskie Dolomity, a Góry Północnoalbańskie. Sezon dobiega końca, być może szlakiem, którym idziemy następni backpackerzy przejdą dopiero wiosną.

Właśnie ze względu na tą dzikość pomysł na eksplorację Gór Przeklętych narodził się już dawno – choć i ten rejon musiał odczekać swoje w szufladzie „do realizacji” – na szczęście udało się zdążyć przed komercjalizacją.

Turystyka górska w Albanii (poza skromną jej karykaturą w okolicach Theth) właściwie nie istnieje. Nawet sieć szlaków po pasmach Alp Albańskich znakowali Czesi (analogicznie w części Gruzji zrobili to Polacy), wykorzystując istniejące ścieżki pasterskie i nieliczne drogi publiczne. Przy okazji – mapa szlaków jest dostępna tutaj.

Stary Golf II na kosowskich blachach wypluł nas w Dragobi. Podupadła miejscowość w dolinie Valbony to jednocześnie początek pięciodniowej górskiej przygody. Bez sklepów, kawiarenek i stałego dachu nad głową. Bez dostępu do jedzenia innego, niż to niesione w plecakach. Tylko my, dziewicze góry, namiot i wieczorne ogniska.

W internecie próżno szukać szczegółowych opisów szlaków w tej części pasma. Nie do końca wiedząc, jak będzie wyglądała nasza droga, ruszyliśmy niepewnie w kierunku przełęczy Ndrockes (2108 m.n.p.m). Wspomniana ulewa dopadła nas na samym jej szczycie.

Trasa, którą przeszliśmy szlakami w Górach Przeklętych. Ok 47 kilometrów zajęło nam 5 dni – wbrew pozorom wcale się nie obijaliśmy 😉 (w prawym górnym rogu polecam przełączyć na openstreet map)

 

A autostopa łapiemy tak! Skutecznie 😉

Na skrzyżowaniu szlaków. 


Rakija przed południem

Qeresh to miejscowość składająca się z czterech domów. Zamieszkała jest połowa z nich, a właściwie…  półtora. Z tego co udało nam się dowiedzieć (w Albanii wkroczyliśmy na wyższy poziom języka migowego), tylko jedna rodzina mieszka w tych surowych warunkach cały rok. Do sympatycznego Pana Arbena i jego rodziny trafiliśmy przypadkiem.

– Thungathjeta, thungathjeta. Coffee? – uśmiechnięta kobieta już z daleka wita albańskim pozdrowieniem. O przybyciu „obcych” do Qeresh zaalarmowały ją dwa kundelki. W sumie czas na kawę zawsze jest dobry, a interakcja z miejscowymi to wartość dodana.

Nie minęło nawet dwadzieścia minut, a senior rodu (a także głowa rodziny), przeszedł do konkretów – w sumie mogliśmy się tego spodziewać. Piekielnie mocna rakija domowej roboty miała w domyśle rozwiązać nam języki, ale gdy w lokalnym języku znasz tylko zwroty grzecznościowe i kilka liczebników…  bywa opornie.

Mimo to gospodarze się nie poddają – w końcu od czego są ręce i mimika! To nic, że w tych stronach kręcenie głową na boki znaczy „tak”,  a potakiwanie jest zaprzeczaniem. Do tego przyszedł syn Pana Arbena, który kojarzy choć parę słów po angielsku. Na co dzień mieszka w Tiranie, ale często przyjeżdża pomagać rodzicom. A dostać się do rodzinnego domu niełatwo – najbliższa droga dostępna dla samochodów znajduje się 3 godziny pieszo stąd.

Przysłuchujemy się historii uratowania ukąszonego przez węża turysty ze Słowacji. Syn gospodarza (że też nie mam pamięci do imion) udzielił pierwszej pomocy poszkodowanemu, między innymi wysysając mu z nogi jad. Potem przyleciał helikopter i zabrał nieszczęśnika do szpitala w Tiranie. Na dowód przynosi numer albańskiej gazety, której artykułu stał się bohaterem.

Jesteśmy zmuszeni odmówić noclegu w pięknym domu z kamienia. Jest środek drugiego dnia trekkingu, a do naszego celu jeszcze ze 35 kilometrów. Zapasy jedzenia mamy wyliczone jeszcze +/- na 3 dni, toteż,  bez nadmiernego pośpiechu, jednak trzeba się sprężać.

Taki widok z pierwszego pagórka nad domem w Qeresh… no nie pogardziłbym.

Żona pasterza nie da sobie w kaszę dmuchać

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że najtrudniejszy odcinek szlaku mamy za sobą – już prawie do samej doliny Shale, w której będziemy kończyć marszrutę, ścieżka będzie wyraźnie zaznaczona i nie będziemy brodzić w zwalonych gałęziach i wysokich trawach.

Od teraz – rzadko bo rzadko, ale będziemy też spotykać jakichś ludzi. Między innymi parę turystów z Izraela, którzy przemierzają Góry Przeklęte bez namiotu (szacunek za poleganie wyłącznie na miejscach noclegowych u lokalsów) oraz hardą żonę Pasterza. Gdy zobaczyła, że jej luby robi sobie zdjęcie z uśmiechniętą blondynką z Polski, ruszyła ze ścierą w naszym kierunku i zaczęła okładać ślubnego pięściami. A grabę miała konkretną. Oczywiście to wszystko było na żarty 😉

W kolejnych dniach w górach Północnoalbańskich odwiedziliśmy kolejną, wyludniającą się miejscowość Curraj I Eperm oraz poczuliśmy, że dla niektórych miejscowych jesteśmy tylko workiem pieniędzy. Ale to już opowieści na kolejny odcinek.

A tymczasem jeszcze kilka zdjęć z Gór Przeklętych.

 

Oto i ona 😉

Śniadanie i ciepła kawa z rana pod namiotem – codzienny rytuał. 

Taki widok to zbawienie – niestety z wodą pitną w górach Przeklętych bywa ciężko, toteż musieliśmy nosić ze sobą spory zapas.

Na jednej z przełęczy spotkaliśmy parę Izraelczyków. Akurat mają rok przerwy między służbą wojskową a studiami – postanowili część tego okresu spędzić w Albanii. A dziki koń tak przy okazji 😉

Przedostatni nocleg nad doliną Shale.

 

 

Zobacz także:

Ukraina: Ładą 2107 do Donbasu
GDZIE i JAK szukać towarzysza podróży?
Pamir: W drodze na przełęcze Ak-Baitał (4655m)

2 komentarze do wpisu „<b>Przecierając szlaki najwyższych gór Albanii</b>”

  1. Podziwiam za hart ducha i odwagę. W zeszłym roku byliśmy w Theth. Zrobiliśmy klasyczną trasę z Valbony. Też z namiotem i plecakami- bo backpacking to najlepszy rodzaj podróżowania ever 😉 postanowiłam zabrać głos, bo też czułam się jak chodzący bankomat. W Theth w sumie to mnie nawet szok ogarnął, niektóre domy to istna cepeliada pod zachodnich turystów. Nie brakowało niczego, nawet telebimu do oglądania meczyków. Porażała mnie pazerność niektórych gospodarzy, dlatego chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło się mi po usłyszanej cenie za rozbicie namiotu odwinąć się na pięcie i odejść bez słowa. Lepiej wspominam Valbone 😉 za kilka tygodni znów ruszamy w te rejony. Nie planujemy morderczych trekkingów, bo chyba nie jesteśmy tak odważni jak Wy, ale liczę że okolice Vermosh i Lepushe nas nie zawiodą pod względem walorów przyrodniczych. Co jak co, ale natura w Alpach Albańskich jest obłędnie piękna! Pozdrawiam!

    • Beata, dzięki za komentarz! Już się bałem, że tylko my mieliśmy wrażenie, że z mieszkańcami Theth coś jest nie tak. Grunt to asertywność. Pozdrawiam również!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Close