W drodze Ładą do Donbasu, czyli kopcące fabryki, historyczne pomniki Lenina i… urwany tłumik. Jaką Ukrainę widać z drogi?

W drodze Ładą do Donbasu, czyli kopcące fabryki, historyczne pomniki Lenina i… urwany tłumik. Jaką Ukrainę widać z drogi?

Łada to doskonały środek transportu na wschodzie. Każdy nią jeździ – nie rzuca się w oczy. Jak się zepsuje, pierwszy lepszy pan Vladimir naprawi ją w trzy sekundy. Kilka lat temu zdecydowaliśmy się wybrać ponownie na Ukrainę i sprawdzić, jak bardzo różni się wschód od zachodu kraju. Nasz cel – Donbas, czyli olbrzymie przemysłowe zagłębie, rozlane po obwodzie donieckim i ługańskim. Choć teraz to już podobno inne kraje… 

Skąd pomysł na wyprawę aż do Donbasu?

Przeglądając porozrzucane po folderach zdjęcia naszło mnie na wspominki minionych podróży. Chyba każdy z nas lubi czasem zagłębić się we wspomnienia z wyjazdów, obejrzeć fotografie, na których udało się zatrzymać emocje, zachować budynki i miejsca, które być może już dziś nie istnieją? 

Wracając do wyjazdów sprzed czterech, pięciu lat nachodzi mnie refleksja, dotycząca własnego postrzegania tego, co zwiedzam. Bo na podstawie tego ile i gdzie wyjeżdżamy, zmienia się sposób, w jaki chcemy odkrywać nowy kawałek świata. Całe życie uczymy się, jak podróżować z sensem i nieustannie to pogłębiamy.

Pierwszy wyjazd w egzotyczne miejsce (z naszego punktu widzenia) zazwyczaj jest stymulowany jakimś konkretnym bodźcem. Ja na przykład od dziecka interesowałem się komunikacją miejską. Nie dziwne, że ponad dziesięć lat temu musiałem zbierać szczękę z ziemi, gdy dowiedziałem się o istnieniu tramwaju jeżdżącego przez bagna w Odessie. Muszę tam pojechać i to zobaczyć! – powtarzałem sobie nieustannie. Dwa lata później udało się zrealizować pomysł – i jeszcze wtedy nie wiedziałem, jak bardzo nieodwracalne skutki będzie miał ten dwutygodniowy wyjazd na Ukrainę. Choć z początku miała to być tylko pogoń za rozsypującymi się tramwajami, u naszych wschodnich sąsiadów zainteresowało mnie dosłownie wszystko. Zacząłem czytać, poszerzać swoją wiedzę, ale i doświadczenia. Czyli przede wszystkim jeździć, poznawać, rozmawiać z ludźmi. Po 1,5 miesięcznej wyprawie rowerowej na Krym wraz z Michałem czuliśmy się na Ukrainie jak w domu.

Stąd narodził się pomysł pojechania do Donbasu. Największe ukraińskie zagłębie przemysłowe, położone na samym wschodzie Ukrainy, jeszcze w 2013 roku było wolne od politycznych konfliktów. Nikt nie spodziewał się piekła, jakie niespełna rok później zacznie się rozgrywać na tych terenach i będzie trwało po dziś dzień. 

Poczciwa Łada to najlepszy wybór

Na początku lipca 2013 rozpoczęliśmy mozolne szykowanie samochodu do drogi. W podróż wybieraliśmy się poczciwą Ładą 2107, którą Michał nabył kilka lat wcześniej. 27-letnia staruszka, choć stworzona od podstaw na ciężkie, nawierzchniowo-pogodowe warunki radzieckiego świata, nie miała pojęcia co ją czeka za wschodnią granicą. Ukraińskie drogi bowiem do najlepszych nie należą i choć staraliśmy się omijać te boczne i na głównych trasach czekały nas liczne niespodzianki – nie obyło się bez urwanego tłumika 😉

Nasza trasa przedstawiała się mniej więcej tak:

 

Cztery tysiące kilometrów na kołach

Zastanawiałem się, jakim sposobem opisać na blogu tak nietypową wycieczkę, w której w zastępstwie zwiedzania sztampowych atrakcji odwiedzanych miast, byliśmy raczej nastawieni na bezcelowe włóczenie się po nich, podróżowanie środkami transportu zbiorowego i eksplorację stref przemysłowych. Postanowiłem wybrać trochę zdjęć, przedstawiających zwykłą przestrzeń publiczną. Zobaczycie Ukrainę taką, jaka jest (lub jaka była – w przypadku Donbasu). 

Planowaliśmy odwiedzić kilkanaście miast na naszej trasie. Korzystając z doskonałej pogody, każdego wieczoru wyjeżdżaliśmy poza zabudowany obszar i rozbijaliśmy namiot gdzieś w zaroślach. Czasem trafiło się miejsce nad sztucznym zbiornikiem wodnym, czasem na klifie nad morzem Azowskim 🙂 Gotowaliśmy sobie ciepłe dania na kuchence benzynowej, od czasu do czasu jedliśmy w tanich knajpach. Wyjazd był zaplanowany bardzo budżetowo – główne wydatki to paliwo dla Łady 🙂 Odwiedzane po drodze „atrakcje” raczej nie nadawałyby się do umieszczenia w turystycznym przewodniku – jednak czy nie chcielibyście odwiedzić opuszczonego osiedla bloków, przejść się najdłuższą ulicą Lenina w kraju, wykąpać w sztucznym zbiorniku przy elektrowni lub wjechać tramwajem na zamknięty teren fabryki? 🙂

Choć w tej chwili, mając do dyspozycji trzy tygodnie, czas spędzony na Ukrainie zaplanowałbym trochę inaczej, z nostalgią wspominam okres, w którym nie wiązała mnie stała praca na etat i można było sobie pozwolić na beztroskie błądzenie palcem po mapie. Tym bardziej, że w wiele miejsc na wschodzie kraju nie można już sobie tak po prostu pojechać, a część z nich nawet nie istnieje. 

Nie przedłużając… zapraszam do zdjęć! 🙂

 

Pomniki stanowiące pamiątki Wielkiej Wojny Ojczyźnianej są obecne na całej Ukrainie. w 2013 roku antyrosyjskie nastroje nie były tutaj aż tak silne – zwraca uwagę wieniec z czerwoną gwiazdą na tle ukraińskiej flagi. 

Kremieńczuk. To w tym mieście od ponad 50 lat produkuje się wielkie ciężarówki, znane pod marką KrAZ. Na zdjęciu plac postojowy, na którym stoją pachnące nowością egzemplarze, czekając na transport do przedsiębiorstw składających zamówienia. 

Oleksandria. Niedaleko Kremieńczuka znajduje się niewielkie miasteczko, w którym pojazdy komunikacji publicznej to praktycznie w całości stare PAZ-y i Liaz-y. Wiekowe marszrutki obsługują także połączenia podmiejskie. W rzeczywistości większość z nich pochodzi z lat 80 i 90., choć wyglądają na starsze. Polecam przejażdżkę – gwarantuję, że będzie niezapomniana! 🙂


Włodzimierz Ilicz Lenin jeszcze niedawno wyznaczał główny plac większości ukraińskich miast, niczym wisienka na torcie. Wokół betonowego cokołu znajdowały się kawiarnie, dzieci jeździły na rowerkach i gokartach. Kto by pomyślał, że po aneksji Krymu i wojnie na wschodzie kraju, spadnie z niego już na zawsze. 

Zbliżamy się do Donbasu, na horyzoncie pojawiają się hałdy. 

80 kilometrów przed Dnieprodzierżyńskiem Łada postanowiła zwrócić na siebie uwagę. Urwała się środkowa rura tłumika – jak to zwykle bywa, w najmniej spodziewanym momencie 😉 Co gorsza, zardzewiałe śruby nie pozwoliły na odkręcenie jej w całości i schowanie do bagażnika. Nie mogliśmy sobie pozwolić na tarcie nią po asfalcie do najbliższego warsztatu, więc… przyczepiliśmy chałupniczą metodą (na plastikowe opaski elektryczne) do podwozia. Udało się przejechać 79 km, awaria wystąpiła ponownie tuż przed warsztatem 🙂 

Dniepropietrowsk (ob. Dniepr). Jedno z trzech miast na Ukrainie, w których jeździ metro. Na zdjęciu wejście do początkowej stacji „Vokzalna”. Co ciekawe, absolutnie wszystkie budynki stacji metra w miastach byłego ZSRR  wyglądały tak samo. Pewnie ich części (drzwi, ramy okienne itd.) powstawały w jednym kombinacie 😉

Jeden z wyższych budynków w Dniepropietrowsku, usytuowany nad samą rzeką. Niestety obecnie nie używany.

Czasem da się znaleźć polski akcent, nawet tak daleko od kraju! Nasz maluch po ukrainizacji, czyli z dodanym spojlerem i przyciemnionymi szybami. Na całym terenie Ukrainy można spotkać bardzo dużo ciekawych samochodów z poprzedniej epoki – nie tylko powszechne Łady. Prawdziwy motoryzacyjny skansen.

Panorama Dniepropietrowska ze wschodniego brzegu. 

Wygłupy 😉

Zaporoże. W budowie nowy most nad Dnieprem.

To w Zaporożu znajduje się najdłuższy Prospekt Lenina na Ukrainie. Ma ponad 8 kilometrów długości, zwieńczony był pomnikiem Wodza, który z nonszalancją wskazuje na ogromny port rzeczny. Od zeszłego roku już go nie ma, ciekawe, co stanie na tak zaszczytnym miejscu w przestrzeni publicznej?

Industrialne klimaty. W takim przyfabrycznym zbiorniku warto się wykąpać – jest płytki, woda jest więc bardzo ciepła!

Donieck, główny plac miasta. To miejsce w kilka lat zmieniło się całkowicie…

Awdiejewka. Przydonieckie, niewielkie miasteczko ma swój własny tramwaj do fabryki. Zeżarty przez rdzę wagon KTM-5 odpoczywa na pętli pod główną bramą kombinatu Koksochemicznego. W powietrzu czuć trujące wyziewy z kominów – tym bardziej istnienie elektrotransportu w tak agonalnym stanie w tym miejscu wydaje się irracjonalne.

W drodze do Gorłowki – czasami jednak korzystaliśmy ze skrótów…

Konstantinovka – niewielka mieścina, o którą zahaczyliśmy po drodze. Także postanowiliśmy przejechać się tramwajem. Wówczas cała sieć to zaledwie dwie linie, na każdej z nich kursował jeden wagon. Rozkładu nie ma, na tramwaj trzeba czekać nawet dwie godziny. Nie dziwne, że korzystają z niego głównie emeryci, dla których przejazd państwowym środkiem transportu jest darmowy. 

Zajezdnia w Konstantinovce również nie prezentuje się najlepiej…

Gorłowka, ważny ośrodek wydobycia węgla kamiennego. Przystajemy na chwilę przy olbrzymich, betonowych silosach.


Przenosimy się do miasta Ałczewsk. Kolejny kombinat koksochemiczny, przemysł ciężki otacza i zatruwa całe miasto z każdej strony.

To właśnie Ałczewsk wywarł na nas najbardziej przygnębiające wrażenie. Smutne, szare miasto, składające się wyłącznie z bloków i betonowych placów, mającymi spełniać funkcję rekreacji po sowiecku. Nad wszystkim górujący kombinat metalurgiczny i brunatne kłęby dymu, ciężko osiadające na powierzchni budynków. 
Więcej o Ałczewsku i pracy w kombinacie metalurgicznym możecie przeczytać na blogu Stacja Filipa.

A do fabryki możecie dojechać trolejbusem – ekologicznie!

Ługańsk – jest nasz cel! Dalej już tylko Rosja 😉

W Ługańsku z kolei produkuje się lokomotywy spalinowe, co podkreśla dumnie pomnik parowozu u bram fabryki. 

Następny cel – Mariupol. Ale przedtem kąpiel w morzu Azowskim!

Miejskie plaże już trochę mniej zachęcają.

Tramwajowa pętla położona w środku zakładu przemysłowego. Zdjęć oczywiście robić nie wolno 😉 Jedna z dwóch mariupolskich hut ma bezpośrednie połączenie komunikacją szynową z centrum. To znaczy…. miała. Linia została bodajże w zeszłym roku zamknięta. Szkoda, choć zamysł był sensowny. No ale kiedyś tramwaje były szybsze, tory nie były takie krzywe, samochodów było mniej… a przede wszystkim nie było wojny.

Poruszając się po drogach krajowych lub obwodowych, co rusz napotkamy pomniki informujące nas o wjeździe do danego miasta, obwodu lub rejonu. Tzw. „witacze” są zazwyczaj betonowe, poza nazwą mają umieszczone godło miasta bądź inny symbol kojarzący się np. z przemysłem obecnym w danym miejscu. 

Szczególnie w południowej części Ukrainy bardzo popularna jest przydrożna Samsa. Ten tatarski pieróg, z solidną porcją baraniny z cebulką w środku, potrafi naprawdę nasycić!

Mikołajów. Tavria po spotkaniu z tramwajem.

Betonowy bocian – tego jeszcze nie było 😉 W tle, za wzgórzem znajduje się Lipniażka – miasto, które zostało opuszczone po upadku fabryki zatrudniającej większość ludności. 

Postanowiliśmy udać się na eksplorację opuszczonych budynków – zdjęcia i opis z tego miejsca znajdziecie tutaj.

A to już Łuck, czyli prawie Polska. Również zwiedzamy opuszczone miejsce, tym razem znaleźliśmy niedziałające lotnisko. 

 

 

Zobacz także:

 

Łada, czy Zaporożec? Podróżowanie klasykiem po świecie
Białoruś – praktyczne informacje przed wyjazdem
Ukraina: Łuck – 35 lat za kółkiem trolejbusu
 

 

14 komentarzy do wpisu „<b>W drodze Ładą do Donbasu, czyli kopcące fabryki, historyczne pomniki Lenina i… urwany tłumik. Jaką Ukrainę widać z drogi?</b>”

  1. Fantastyczne. Napaliłem się na wyjazd na Ukrainę. Właśnie w takim „niezorganizowanym stylu”. Choć byłem we Lwowie, Kijowie, Odessie to bardzo chciałbym zejść ze szlaku. Zagłębić się w zakamarki tego kraju i pobyć dłużej. Zazdroszczę Ci też Krymu.

    • Dziękuję! Właśnie czasem warto zrezygnować z planu i powloczyc się bez konkretnego celu, a także można znaleźć coś ciekawego. Coraz rzadziej jeżdżę w ten sposób, dlatego tamtą przygodę wspominam sympatycznie 🙂 na Krym nadal można się dostać, ale tylko przez Rosję, co już podnosi koszty.

  2. Byłem tam w 2012 r. z okazji Euro, oprócz Doniecka zahaczyliśmy też o Mariupol i Berdiańsk, taki ich kurort (ten polecam szczególnie, „promenadą” jeździł pociąg towarowy).

    • Słyszałem o Berdiańsku. Hehe, z tym pociągiem to chyba nie tylko tam taki patent – w Teodozji na Krymie jest podobnie 🙂

  3. Interesująco opisane, nietuzinkowo zilustrowane. Takich relacji z miejsc niby to banalnych i szarych, a jednak bardzo ciekawych nie znajdzie się w kolorowych czasopismach.

  4. Wspaniale trafić na takiego bloga. W 2005roku spędziłam semestr na studenckiej praktyce w Doniecku. Miasto wyglądało prawie tak samo! Dniepropietrovsk, azowskie.. wspaniały czas. Dzięki 😊

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Close